niedziela, 5 październik 2008

1612 powodów do śmiechu

Obejrzałem wczoraj epokowe dzieło radzieckiej, tfu, rosyjskiej kinematografii. Produkcja Nikity Michałkowa wywarła na mnie kolosalne wrażenie, dowiedziałem się bowiem, że "ruskij czaławiek" to heros, który może się schować w jeziorze, przebywając pod powierzchnią wody przez czas nieokreślony (stąd właśnie rosyjscy nurkowie są najlepsi na świecie - nigdy się nie wynurzają), umilając sobie przy tym czas rozmową z zmutowanymi, mówiącymi karpiami (antycypacja Czarnobyla?). A jak już taki heros wyjdzie z wody i dorośnie to:

- potrafi nauczyć się kanonierstwa, szermierki, języków obcych i manier obcując z bytami nadnaturalnymi (duchem "Hiszpana"),
- potrafi jednym strzałem z armaty (samoróbki) unicestwić całą polską armię,
- jednym strzałem pozbawić głów cały oddział szarżującej husarii,
- przesycony kosmiczną, rosyjską eneregią (jądrową albo spirytusową, zapewne) chłop pańszczyźniany (tak zwany "cham z chamów") w krótkiej walce potrafi pokaonać polskiego "zawodowego" szermierza.
Nawet jak heros z wody nie wychodzi, to zawsze może spod wody [sic!!!] strzelać z kuszy!!! Widocznie rosyjskie cięciwy nie zamakają :)

Ponad to, z filmu możemy się dowiedzieć, że rosyjscy święci pustelnicy, aby zachować pozycję pionową, potrzebują podwieszenia na łańcuchach (czyżby już w 1612 byli narodem alkocholików...) a głównym przejawem fauny w rosyjskich lasach są jednorożce.

Najważniejsze jednak, że ten "historyczny" film zawiera 0% prawdy historycznej. Obiektywny opis znajdziemy w Wikipedii pod hasłem Dymitriady. Mnie osobiście bardzo podoba się fakt, że w 1604 roku tron dla Dymitra I i przyszłej jego żony Maryny, córki Jerzy Mniszcha zdobyła nie polska armia, ale "ekipa" zebrana przez Mniszcha i jego kolegów.
Prawdą jest tylko, że w 1612 roku skapitulowała polska załoga Kremla, natomiast wojna zakończyła się w 1618 roku. Kto zwyciężył?...
Cytat z Wikipedii: "Wielkie Księstwo Litewskie uzyskało ziemię smoleńską, Korona ziemię czernihowską i siewierską. Car Michał I Romanow zrzekał się tytułów księcia czernihowskiego, siewierskiego, smoleńskiego oraz inflanckiego. Uzgodniono wymianę jeńców. Drażliwą kwestię zrzeczenia się pretensji do tronu carskiego przez królewicza Władysława pominięto pomimo nalegań strony rosyjskiej. Nie ujęto również w porozumieniu postulatów Rosjan dotyczących zwrotu łupów wywiezionych z Kremla..."

I macie się czym chwalić, Rosjanie :)

piątek, 15 sierpień 2008

Zegary Zamku Królewskiego

BLU Bernharda Lederer

Parmigiani One-One-Five (na moim nadgarstku)


Moja blogowa aktywność zamarła na długi czas... Lato nie sprzyja blogowaniu... Tyle innych rzeczy..., ale wszystko co dobre kiedyś się kończy, czas więc powrócić do codziennych "obowiązków". Pierwszy post po "urlopie" chciałbym poświęcić wydarzeniu sprzed dwóch miesięcy (więc o odrobinę "zwietrzałej" aktualności), które sprawiło mi sporą frajdę.

Czternastego czerwca odbyło się doroczne Spotkanie Klubu Miłośników Zegarów i Zegarków. Jak zwykle było zajebiście. Prezentacje firm Glashütte i Parmigiani, Dirka Dorblutha z firmy Dornbluth&Sohn i pana Benharda Lederera z firmy BLU... no i oczywiście premiera długo oczekiwanej książki "Czas i urządzenia do jego pomiaru" autorstwa prezesa Klubu, pana profesora Zdzisława Mrugalskiego (mam egzemplarz z dedykacją). Było fajnie, choć oczywiście są rzeczy, które można było zrobić lepiej... ale zawsze można tak mówić "po" (prawda ta dotyczy nawet seksu :))

Na spotkaniu można było blisko, naprawdę blisko obcować z zegarkami, normalnie będącymi poza zasięgiem zwykłego śmiertelnika. Taki bliski kontakt, nawiązałem m.in. z zegarkiem Parmigiani 1-1-5. Był raz sobie niejaki Tilli Antonelli. Lubił jachty. Nie jakieś zwykłe łódki, ale Jachty, przez duże J. Lubił je tak bardzo, że postanowił je produkować. Postanowienie zrealizował i robi to od 1981 roku. Coraz bardziej wypasione, coraz bardziej ekskluzywne. Jego najbardziej ekskluzywnym jachtem jest stu piętnastostopowy Pershing 115.

Gdy Antonelli bawił się we Włoszech, w Szwajcarii swoją pasję rozwijał Michel Parmigiani. Było to zegarmistrzostwo. Po prostu, są ludzie, którzy uwielbiają dłubać w mechanizmach precyzyjnych. Zboczenie takie. Parmigiani najbardziej lubił dłubać w mechanizmach, które nie chciały działać i dłubał dopóki nie zaczęły. Szybko zyskał sławę człowieka, który potrafi naprawić czasomierze nienaprawialne. Michel nie chciał jednak na tym poprzestać. Zaczął sam konstruować złożone mechanizmy, wymyślać nowe rozwiązania, wdrażane później do produkcji, aż w końcu w 1996 roku, przy wsparciu rodziny Sandoz, otworzył własną manufakturę Parmigiani Mesure et Art du Temps, która rozpoczęła produkcję zegarków najwyższej klasy (oczywiście w krótkich seriach). W ofercie zaprakło jednak czasomierzy o wybitnie sportowym charakterze i dlatego w tym roku, Parmigiani i Pershing zawiązały współpracę, której owocem jest zegarek Parmigiani Pershing 1-1-5 (cena wersji w różowym złocie: prawie 55 000CHF). Jaki to owoc, widać na zdjęciach i chociaż nie „kręcą” mnie zegarki sportowe (wolę surową klasykę) to jednak muszę przyznać, że ten zegarek ma w sobie „coś”.

A dlaczego piszę tego posta? Oczywiście, żeby się pochwalić. I tak nie kupię tego zegarka, nawet gdybym pływał w oceanie gotówki. To nie mój styl. Natomiast z miłą chęcią reflektował bym, na te oto rękodzieło, wprost z Glashütte (Saksonia), Panotourbillon XL. O cenie nie będę nawet wspominał.

O czasie można powiedzieć jedno. Każda sekunda zbliża nas do grobu, ale jak piękne są urządzenia do pomiaru tego procesu...

piątek, 23 maj 2008

Trzy lwy na tarczy

dwa srają...
... a jeden warczy

Andrzej Sapkowski "Saga o Wiedźminie"

Stephen Mull [czyta się: Muł?:)], który z ramienia rządu USA negocjuje z polskim rządem warunki budowy tarczy antyrakietowej, postanowił dać ostrego kopa naszym założeniom negocjacyjnym w wywiadzie dla Agencji Reutera. Raczył on powiedzieć: "Oni mają wielkie marzenia, jeśli chodzi o to, czego chcą. Ale to Polska będzie musiała zapłacić za większość działań modernizacyjnych, jakie przewiduje. Ważne jest nie tyle, by przybyć tam z wszystkimi tymi drogimi, nowoczesnymi rzeczami, ile realnie zapewnić rozsądne wykorzystanie tych środków, które mają. A mają oni bardzo ograniczoną ilość dolarów do wydania na obronę". Swoją drogą, cóż za szczęście, że mamy ograniczoną ilość gównianej waluty, jaką jest dolar. W końcu, już nawet amerykańscy gangsta-raperzy w swoich teledyskach pokazują walizki euro, a nie swojej, ostatnio dość żałosnej waluty.

Z wypowiedzi Mulla wynika, że Amerykanie spodziewali się pełnej uległości Polski w sprawie tarczy(i srodze się zawiedli). Nic dziwnego. Zarówno Pan Prezydent Profesor Lech Kaczyński, jak i poprzedni rząd, firmowany przez braciszka PPP zachowywali się dotąd tak jakby zrobienie dobrze USA było ich dziejową misją a na tarczę powinniśmy się zgodzić bez żadnej dyskusji, choćby i za dopłatą. Pan Prezydent zdania nie zmienił. Już zdążył wyrazić pogląd, że polskie oczekiwania powinny być realistyczne (czyli żadne). Dokładny cytat: "
Dobrze by było, gdyby te rokowania zakończyły się sukcesem. Natomiast oczekiwania ze strony polskiej są dobre, dopóki są realne". Jak zwykle, Kaczyński rządowi nie pomaga, ale sprawa jest poważniejsza, bo takie teksty osłabiają polską pozycję negocjacyjną, a Amerykanie mogą nie wiedzieć, że Pan Prezydent (i jego brat też) często nie wiedzą co mówią. Inna sprawa, że twardymi zwolennikami "szczególnej" pozycji pozycji wobec USA jest też PiS. Pamiętacie wypowiedź jakiegoś, nie pamiętam jakiego (Putry chyba), PiSmakera, który wyjazd Sikorskiego do USA "po miliard dolków" nazwał dziadowaniem? Zgodnie z taką logiką rozmowy z USA powinny być prowadzone "na kolanach". Tylko, że trudno to nazwać negocjacjami, ale też do takich rozmów rząd USA był przyzwyczajony. Wieloletnia asymetria w stosunkach dyplomatycznych z USA objawia się w np. zakupie ciągle psujących się F-16 (mimo że były inne ciekawe oferty takie jak, Eurofighter czy Gripen), cyrku z wizami czy, w końcu, bezwolnym udziałem w agresji (przyjemnie, że dla odmiany, byliśmy agresorami) i okupacji (i w końcu okupowaliśmy, a nie nas okupowano) Iraku. A miało być tak pięknie: nasze złoża ropy, kontrakty na odbudowę... Wyszło jak zwykle.

Mull w jednym ma rację. Nasze środki na modernizację armii są ograniczone. W związku z tym, jeśli nasz "najlepszy" sojusznik nam nie pomoże, może powinniśmy poszukać tańszej oferty (rosyjskie zestawy S-300 są przecież całkiem dobre. A Patrioty... Te, ulokowane w Izraelu, podczas "Pustynnej Burzy" dały ciała. Scudy miały tendencję do rozpieprzania się, w końcowej fazie lotu, w chmurę złomu a Patrioty zazwyczaj trafiały w największy cel: zbiornik paliwa, podczas, gdy głowica bojowa dalej leciała do celu).

Zupełnie inną sprawą jest to, że przeznaczeniem tarczy antyrakietowej jest ochrona terytorium Stanów Zjednoczonych. Zapis, przyjęty na szczycie NATO, mówiący, że tarcza służy bezpieczeństwu całego sojuszu jest tylko wybiegiem mającym ugłaskać, dotychczas tarczy niechętne, kraje Europy. Jaki interes z tarczy może mieć Polska? Zagrożenie atakiem rakietowym ze strony państw "osi zła" jest praktycznie żadne, więc poziom bezpieczeństwa nie wzrósłby. Przeciwnie. Polska byłaby bardziej zagrożona, choćby atakiem terrorystycznym. Może się mylę, ale mam wrażenie, że zadaniem tarczy jest bardziej przeciwdziałanie ograniczonemu atakowi ze strony rakiet, startujących z europejskiej części Rosji (przeciwdziałanie zmasowanemu atakowi byłoby jak leczenie dżumy plastrem), takie rakiety mogłyby zostać przechwycone we wczesnej fazie lotu. Gdyby tak było, podbijałoby to stawkę, niepotrzebnie prowokując Rosję.

Można by jeszcze snuć różne dywagacje na temat "tak czy nie" dla Tarczy. Nie wyjaśniono bowiem społeczeństwu wielu aspektów ewentualnego funkcjonowania bazy, np. jaki będzie status bazy antyrakietowej (eksterytorialność?) i status personelu bazy wobec polskiego wymiaru sprawiedliwości.

Pa
nu Mułowi mogę powiedzieć na koniec tylko jedno. Milton Friedman powiedział: NIE MA DARMOWYCH OBIADÓW, więc jeśli Stany chcą w Polsce bazy, będą musiały za nią zapłacić. W przeciwnym razie...

piątek, 16 maj 2008

Magog cz. 2

On zaś odrzekł: Wyjdę i stanę się duchem kłamstwa w ustach wszystkich jego proroków. Wówczas rzekł: Możesz zwieść, to ci się uda. Idź i tak uczyń!
1 Krl 22:22, Biblia Tysiąclecia


Dłubię tego posta chyba już od tygodnia. Co za tym idzie jego poziom merytoryczny (o aktualności nie chcę nawet wspominać) sięgnął dna. Zdecydowałem jednak "puścić go w eter", żeby przypominał mi, że brak czasu nie usprawiedliwia niechlujstwa.


Dziennikarze z „Misji Specjalnej” (antyukładowy program z góry założoną tezą w „publicznej”) postanowili looknąć, co tam się wyrabia u Bączka. Cynk dał Macierewicz. Weszli sobie przez garaż i gdy już nadziali się na funkcjonariuszy ABW… jakież zdziwienie ich spotkało. „Spece” nie padli przed nimi na twarz, urzeczeni potęgą redaktorów (pamiętacie scenę z "Alternatywy 4", kiedy Cichocki przyprowadza do prezesa spółdzielni "ekipę telewizyjną"?), tylko potraktowali jak intruzów, strzelili osobistą, dotykając nawet w „miejscach intymnych”. Cóż, za upokorzenie (a raczej byłoby to upokorzenie, gdyby w miejscach intymnych wykryto bieliznę "drugiej świerzości). Widocznie takie mniemanie o swojej potędze O aspektach kontroli osobistej zdarzyło mi się już pisać, więc mniemam, że funkcjonariusze chcieli sprawdzić, czy „panowie z TV” nie przytulili do siebie czegoś, co funkcjonariusze podczas tej rewizji szukali. Nieważne… Nawet jeśli przeszukano ich, bo chciano im dać nauczkę za wpieprzanie się w „czynności”, to i tak funkcjonariusze są czyści. Policjant ma prawo dokonać kontroli osobistej, „w razie istnienia uzasadnionego podejrzenia popełnienia przez osobę poddawaną kontroli czynu zabronionego pod groźbą kary, gdy kontrola ma na celu zabezpieczenie lub ujawnienie dowodów albo rzeczy mających związek z realizacją czynu zabronionego”. Zakładam, że uprawnienia ABW są podobne, więc wszystko jest w tym temacie jasne. Gdyby ekipa telewizyjna czekała grzecznie przed posesją, aż będą kogoś skutego wyprowadzać, nikt by się do nich nie przeczepił. Ponieważ szwendali się po przeszukiwanym domu, skończyło się tak a nie inaczej. Nic nadzwyczajnego.

Troszeczkę później, miałem okazję oglądać Urbańskiego z gospodarską wizytą u Lisa. "Ponton" brzęczał, brzęczał... tak jakby był apolitycznym fachowcem a nie pisowskim spadochroniarzem, który na Woronicza wylądował prosto z Pałacu. Najciekawszy był jednak tekst, że gdyby "Dwójka" stała się programem "misyjnym", zniknie z niego "M jak miłość" a on wtedy przed emisją puszczałby komunikat informujący, że z winy premiera Tuska i PO "pozostało 20, 19, 18... dni do końca emisji serialu". "I co na to 9 milionów widzów?" - zapytał z jowialnym uśmiechem. Jako widz, odpowiem: "Gówno". Jeśli serial finansują reklamodawcy, wara od mojego "abonamentu". Dla milionów ten serial może być wydarzeniem kulturalnym, godnym finansowania z ich abonamentu, ale dla mnie... Nie interesuje mnie jakoś życie jakiś fikcyjnych plastusiów, mam swoje własne. Ciekawsze...
Na koniec... posełek PiS Joachim Brudziński nazwał Tuska "Słońcem Peru". Brudziński powinien, wobec tego, jak najczęściej przebywać na słońcu. Słońce jest potrzebne do wytwarzania witaminy D, której skutki niedoboru są poważne. Niedobór może spowodować wypadanie zębów i rozmiękczenie kości. Poseł Brudziński dużo szczeka a mało gryzie, więc pierwszy skutek już nastąpił. Drugie jest rozmiękczenie kości. Pośle Brudziński, proszę jak najszybciej skontaktować się z premierem i umówić na naświetlania. Dodam tylko na koniec... jeśli wyliczacie, ile kosztowała podróż Tuska, może też pochwalicie się , ile kosztowała ochrona BOR mamy Kaczyńskiego i jego loty do Juraty...

środa, 14 maj 2008

Zmiana

Napisałem kiedyś posta "Nihil est tam angusti animi quam amare divitias" o bezduszności Narodowego Funduszu Zdrowia, przejawiającej się w "oszczędzaniu" na leczeniu dzieci. Dużą część tekstu poświęciłem olewaniu chorych na wrodzone pęcherzowe oddzielanie się naskórka (EB - Epidermolysis Bullosa). Ministerstwo Zdrowia odmawiało wpisania tej przewlekłej choroby na listę chorób przewlekłych, co spowodowałoby refundację niezbędnych chorym leków i środków opatrunkowych. Pomoc obiecywała Kaczyńska, obiecywał Piecha (ten od spotkań z lobbystami w kawiarni), przed wyborami obiecywał PiS. Jak zwykle sprawę załatwiła osoba, która nie obiecywała.

Dziś w "Wydarzeniach" usłyszałem, że Pani Minister Zdrowia Ewa Kopacz zadecydowała o refundacji chorym na EB niezbędnych środków. Chwała jej za to. Ponad to zadeklarowała, że państwo będzie finansować choroby rzadkie. I w tym, moim zdaniem, najpełniej objawia się rola władzy państwowej (takiej przyjaznej obywatelowi). Nie w pościgu za imperium zła WSI, mitycznym układem czy złowrogimi oligarchami. Nie w pokazowych aresztowaniach o szóstej rano, nie w szczoteczce do zębów jakiegoś Bączka. Jestem przekonany, że mój pościk sprzed pół roku nie miał nic wspólnego z dzisiejszą decyzją Pani Minister (gdybym sądził inaczej, byłbym megalomanem). Zadziałał zapewne upór rodziców, walczących o leczenie dla swoich dzieci.. Ale i tak miło...

Platforma Obywatelska unika ryzykownych zagrań, mogących spowodować spadek społecznego zaufania. Nic dziwnego... Gra na prezydenturę Tuska. Z tego powodu, przed wyborami (dopóki nie zmieni się lokator Pałacu Prezydenckiego) nie spodziewam się raczej radykalnych, liberalnych przemian, ale zmianę na lepsze widać już teraz... Zmianę cichą, nierzucającą się w oczy. Zmianę stylu...
... zmianę widać też w tym, że własnie w tej chwili (21:00) Polsat puścił komedię romantyczną o miłości licealisty i gwiazdki porno ("Dziewczyna z sąsiedztwa" - polecam!). W epoce Kruk w KRRiT, kara byłaby nieuchronna. A teraz... jakoś normalniej...

poniedziałek, 12 maj 2008

Magog cz.1

Na Blogu Taktycznym obiecałem, że napiszę coś w piątek. Niestety… wysypał mi się system. Przeinstalowanie, ponowna instalacja mnóstwa „niezbędnych” programów, wtyczek do Firefoxa i Thunderbirda, wiele innych pobocznych działań zajęła mi całe weekendowe wieczory. Dodam, że bez Gogle Sync. Tool byłoby dużo gorzej. Hasła, zakładki, historia… ominęła mnie wątpliwa przyjemność odzyskiwania. Dziękuje Ci Google :)

Skoro już mam czas i możliwości pisania, chciałbym skomentować toczącą się cały tydzień dyskusję na temat zniesienia abonamentu telewizyjnego. Gardłowali w Sejmie, gardłowali w mediach, w swojej sprawie zabrała też głos publiczna emitując spotkanie jakiś tam twórców z prezydentem. Twórcy, jak jeden mąż, sprzeciwiali się oczywiście likwidacji abonamentu, ponieważ gwarantuje on realizację misji telewizji publicznej. Pytam: Jakiej misji? Czy realizacją misji telewizji publicznej jest uszczęśliwianie widzów „gwiazdami” tańczącymi na lodzie? W najlepszym czasie antenowym, w piątek przez trzy (!) godziny. Przełączam na „Dwójkę”: Doda… kiedy indziej: znów Doda…Doda, Doda, ciągle Doda. Może i ten program ma dużą oglądalność, ale czy na takie cele powinien być przeznaczany abonament? Czy widzowie płacąc abonament, powinni w zamian otrzymywać próbkę wysokiej lotów kultury w stylu „umyj tyłek, zanim usiądziesz”. Natomiast programy kulturalne puszczane są w czasie, gdy na chodzie są już tylko imprezowe niedobitki. Moim zdaniem telewizja publiczna powinna być albo finansowana z abonamentu i budżetu państwa, albo tylko z reklam.
W pierwszym przypadku powinna zająć się przekazem informacji, emisją programów prawdziwie misyjnych i filmów ze swoich przepastnych archiwów. Taka telewizja nie mogłaby być nastawiona na komercję i nie oglądalność powinna być jej celem. To, że mało kto by ją oglądał jest rzeczą bez znaczenia.
W drugim przypadku, telewizja publiczna byłaby po prostu telewizją komercyjną, stanowiącą własność Skarbu Państwa i mającą na celu generowanie zysków. W takiej telewizji na kulturę zabrakłoby miejsca, ale widzowie bez przeszkód mogliby obcować z „gwiazdami”, patrzeć jak dla kasy ktoś pożera żywe robaki czy krowie odbyty, czy być świadkiem, jak robi się „gwiazdkę” z kogoś, kogo jedyną pretensją do „wielkości” jest nazwisko (,ale o tym później).
Zamiast tego mamy jakieś przedziwne połączenie. Komercja? Jak najbardziej, ale abonament i tak Ci wyszarpniemy. Dla publicznej TV to sytuacja bardzo wygodna. Przerośnięty personalnie moloch, w znacznej mierze, poza obiektywną kontrolą. Ekipa telewizji prywatnej to zazwyczaj reporter i kamerzysta. A w „publicznej”… cały squad, łącznie z panem do trzymania ekranu (takie białe na kiju)… Ktoś musi przecież tę kasę łykać... :)

środa, 30 kwiecień 2008

Requiem

Dies irae, dies illa
solvet saeclum in favilla,
teste David cum Sibylla.
Quantus tremor est futurus,
quando iudex est venturus
cuncta stricte discussurus.
Dzień ów gniewu się nachyla,
gdy w proch wieki zmiecie chwila,
świadkiem Dawid i Sybilla.
Będzie strach tam, będzie drżenie,
przyjdzie sędzia sądzić ziemię
a roztrząsać wszystko wiernie.

Kilka kobiet dziennie, tysiące rocznie jest mordowanych za splamienie "honoru" rodziny. Wczoraj na Onecie przeczytałem, że jordański sąd skazał na sześć miesięcy więzienia ojca, który w obronie "honoru rodziny zabił swoją 16-letnią córkę. Zresztą, "zabił" to w tym przypadku stanowczo zbyt łagodne określenie. Zakatował, zakatował z nieludzkim okrucieństwem, wydaje się określeniem bardziej adekwatnym na zmasakrowanie własnej córki pałką a następnie śmiertelne porażenie jej prądem. W Jordanii to już czwarta w tym roku ofiara tego typu "honorowych" zachowań. Na świecie są ich tysiące... coraz więcej w imigranckich środowiskach europejskich. W Europie, cywilizowanej i statecznej Europie, tak ceniącej indywidualną wolność jednostki, zdarzają się morderstwa z powodów tak błahych, jak zdjęcie hidżabu czy pójście na randkę. Morderstwa, których powodem nie są zasady religii (czytaj: islamu), ale prymitywne, plemienne zwyczaje, które przybysze przywieźli z sobą i jak widać, pieczołowicie kultywują. Jak to mówią: "Możesz wyciągnąć prymitywa z dżungli, ale nigdy nie wyciągniesz dżungli z prymitywa", czy jakoś tak... :) A ponieważ dzikusów w Europie przybywa... mówiąc "dzikusów", nie mam oczywiście na myśli rasy (bo rasistą nie jestem), ale poziom rozwoju kulturowo-cywilizacyjnego.

Wczoraj przeczytałem również ksiązkę Pawła Kempczyńskiego "Requiem dla Europy". Świetna lektura. Mocnymi atutami są sugestywny świat i wartka akcja. Na portalu Paradoksl znalazłem bardzo dobrą recenzję tej powieści, autorstwa Krzysztofa Księskiego. Pozwolę sobie zacytowac fragment:
"Powieść bowiem jest prawicową dystopią. Przedstawieniem ponurej wizji przyszłości Europy, zmienionej pod wpływem prądów myślowych wyraźnie dostrzegalnych we współczesnym świecie. Dominują z jednej strony feminizm i skrajny relatywizm kulturowy wpadający w permisywizm, a z drugiej islamizm oraz społeczny (bo w zasadzie nie prawny) rasizm wobec białej rasy, chrześcijaństwa i płci męskiej. Homoseksualizm jest nie tylko akceptowany, ale nawet uprzywilejowany w porównaniu z heteroseksualizmem. Biali mężczyźni zostają powszechnie umieszczeni w obozach resocjalizacyjnych, gdzie mają odpokutować za wieki prześladowań, jakie z ich strony spotkały kobiety i inne kultury oraz nauczyć się życia w urządzonym na nowo społeczeństwie miłości i tolerancji. Zjednoczoną Europą - kieruje Wielka Matka - pani prezydent. Władzę sprawują wyłącznie kobiety. To państwo totalitarne, pełne dysproporcji majątkowych, niesprawiedliwości społecznej i braku konsekwencji na każdym kroku. Zaś władza sądownicza sprawowana jest nie w oparciu o zasadę terytorialności prawa, ale osobowości prawa. Skutkiem tego ludność napływowa z Afryki i Azji - stanowiąca większość społeczeństwa futurystycznej Europy, jest sądzona według swoich praw, często zwyczajowych, nie zmieniających się przez wieki, które moglibyśmy z naszej perpektywy określić prymitywnymi."

Brzmi znajomo....?
Zachęcam do przeczytania "Requiem dla Europy".

niedziela, 27 kwiecień 2008

Zdążyć...


W środę, 30 kwietnia mija termin składania PIT-ów. Jak zwykle, większość z nas odkłada tą czynność na ostatnią chwilę. Nic dziwnego. Niechętnie rozstajemy się z naszymi ciężko zarobionymi pieniędzmi, szczególnie jeśli mamy świadomość, że lwia część owego przymusowej daniny zostanie roztrwoniona. Jednak mamy pewien wpływ na to, co się stanie z z malutką częścią tej kwoty. Skorzystajmy z niej.
Ustawodawca dał podatnikom możliwość przekazania 1% należnego podatku na rzecz Organizacji Pożytku Publicznego. Pełną ich listę możemy znaleźć TU. Można też skorzystać z e specjalnej wyszukiwarki. Do PITa wpisujemy nazwę organizacji, numer KRS i kwotę... kilka pociągnięć pióra może naprawdę pomóc...
W zeszłym roku podatnicy przekazali na rzecz OPP 105.438.000 złotych. Suma wydawałoby się poważna, ale pochodząca zaledwie od 6,49% podatników. Oznacza to, że ponad 93% podatników nie chciało się poświęcić kilku chwil, aby pomóc innym. Cóż, może byli zdania, że urzędnicy lepiej spożytkują ich pieniądze. Może zniechęciła ich konieczność osobistego przelewu na rzecz wybranej organizacji... Teraz ta przeszkoda została zniesiona. Skarbówka sama dokona przelewu (ciekawe w jakim terminie...). Do nas należy tylko wypełnienie trzech małych rubryk. Warto to zrobić. Sam zastanawiałem się, jaką organizację wybrać. Najpierw zdecydowałem, że musi ona pomagać w leczeniu chorych dzieci. Było ich wiele. W końcu zdecydowałem się na wsparcie organizacji działającej na dużą skalę, mającą ogólnopolski zasięg i bardzo konkretne osiągnięcia.

Każdy ma prawo wybrać organizację, która realizuje bliskie mu cele. Oświatowe, bezpieczeństwa publicznego czy charytatywne. Ja chciałbym zasugerować Wam wybranie Fundacji Dzieciom "Zdążyć z Pomocą". Obecnie Fundacja otacza opieką ponad 5 tysięcy chorych dzieci. Finansuje kosztowne leczenia, prowadzi też na terenie całego kraju placówki lecznicze, opiekuńcze, hospicja... Misją Fundacji jest ratowanie zagrożonego życia dzieci, przywracanie im zdrowia, wspieranie ich edukacji, niesienie pomocy w trudnych warunkach materialnych. Uważam, że jest to idea warta wsparcia, warta naszej pomocy... dlatego wypełniając zeznanie podatkowe, wpiszmy w odpowiednią rubrykę:

Fundacja Dzieciom "Zdążyć z Pomocą"
ul. Łomiańska 5, 01-685 Warszawa

KRS 0000037904

Chore dzieci są najbardziej bezbronnymi istotami na świecie. Instytucja pomagająca chorym dzieciom zasługuje na nasze wsparcie. Jedną z najłatwiejszych form takiego wsparcia jest przekazanie 1% podatku. Tylko kilka pociągnięć pióra... Dlaczego więc tego nie zrobić?

Ponieważ nie jestem w żaden sposób związany z Fundacją, a ten post wynika tylko z chęci wsparcia jej działań, ważne jest, aby osoby, które zdecydują się na wsparcie Fundacji "Zdążyć z Pomocą" zweryfikowały podane przeze mnie informacje, na stronie Fundacji. Dzięki.

środa, 23 kwiecień 2008

Wesołek

Bardzo się raduje ojciec sprawiedliwego, a kto spłodził mądrego, weseli się z niego
Niech się tedy weseli ojciec twój, i matka twoja; i niech się rozraduje rodzicielka twoja
Synu mój! daj mi serce twoje, a oczy twoje niechaj strzegą dróg moich
Bo nierządnica jest dół głęboki, a cudza żona jest studnia ciasna
Ona też jako zbójca zasadzki czyni, a zuchwalców między ludźmi rozmnaża
Komu biada? Komu niestety? Komu zwady? Komu krzyk? Komu rany daremne? Komu zapalenie oczów?
Tym, którzy siadają na winie; tym, którzy chodzą, szukając przyprawnego wina
(Ks. Przysłów 23:24-30, Biblia Gdańska)


Thessaloniki; A.D. 390


Magister militum Amonianusz zjeżdżał ze wzgórz, od wschodu kierując się do płonącego miasta. Słupy dymu biły w bezchmurne niebo. Towarzyszyła mu jedynie niewielka grupa ochrony, pod dowództwem zaufanego dekuriona. Reszta sił interwencyjnych była już w mieście, wypełniając rozkaz Basileusa Flawiusza Teodozjusza, autokratora Cesarstwa Rzymskiego. Rozkaz dania nauczki miastu, które tak srodze obraziło Cesarza, w żywe oczy kpiąc z prawa, które w swej mądrości ustanowił. W pamięci Amonianusza wciąż jeszcze żywe były słowa Cesarza sprzed dziesięciu lat: "Winni oni spodziewać się przede wszystkim pomsty Bożej, a następnie naszej kary stosownie do decyzji, którą powzięliśmy z natchnienia niebieskiego". Niestety, Thessaloniczanie zatwardziali w swym grzechu, za nic je mieli, kontynuując praktyki tak bardzo Bogu niemiłe. Wcześniej Teodozjusz wydał prawo pod groźbą śmierci sodomii zakazujące, a oni śmiali się tylko i dalej łamali prawo boskie i cesarskie. Teraz już na pewno dwa razy pomyślą zanim ich zaswędzi - pomyślał Amonianusz wypatrując jakiś ognisk oporu. Nie widział nic. Wszystko wskazywało, że jego wojsko objęło już pełną kontrolę nad miastem, oddając się teraz typowo żołnierskim rozrywkom, obejmującym grabieże, mordy i gwałty. Niekoniecznie w tej kolejności. Magistra zirytowało tylko podpalanie domów, tak jakby zachodzące słońce dawało zbyt mało światła dla tych rozrywek. A może smakują one lepiej przy świetle pożarów... Nieważne..., miasto nie miało być zniszczone, było zbyt ważne strategicznie, aby przestało istnieć. No i oczywiście było też ważnym źródłem podatków, by zakończyć sprawę definitywnie: ludność obrócić w niewolników, miasto spalić. To nie zachwyciłoby cesarza. Amonianusz podejrzewał, że biskup Ambroży też nie byłby zadowolony. Miasto miało tylko otrzymać nauczkę za swe podłe czyny i tak właśnie się stanie.
Magister militum zastanawiał się, czy musiało do tego dojść. Widocznie musiało, skoro doszło. Sodomia i inne zboczenia kwitły, herezja szczerzyła kły. I tylko sprawiedliwe prawa Teodozjusza strzegły Jego umiłowany lud przed stoczeniem się w otchłań. Zbrodnicze lekceważenie owych praw wykazał cyrkowy woźnica Patroklos, jawnie kopulując z mężczyznami i młodymi chłopcami. W swym bezwstydzie zwykł publicznie pokazywać swą ohydę. Gdy zgrzeszył publicznie przy samej agorze, poprzedni dowódca wojsk prowincji, Buteryk, kazał go aresztować i przykładnie ukarać. I wtedy, ku zaskoczeniu wszystkich, skażeni grzechem mieszkańcy wszczęli tumult w obronie sodomity. W walkach Buteryk zginął, a zadaniem Amonianusza stało się pomszczenie tej śmierci, pomszczenie zniewagi, jakiej doznał cezar i sprawienie, aby wszyscy potencjalni wichrzyciele dwa razy zastanowili się zanim zaczną łamać prawo. I tak się stanie.
Zamyślony Amonianusz zauważył, że skraj miasta jest już o rzut oszczepem a on ciągle jeszcze nie wysłał posłańców, aby zakazali podpaleń i zorganizowali gaszenie już istniejących pożarów. Naprawił szybko ten błąd i znów powrócił do rozmyślań nad marnością natury ludzkiej. Wtem jego rozmyślania przerwał tętent galopującego konia. Obejrzał się przez ramię i dojrzał zbliżającego się posłańca. Ten wyhamował gwałtownie i krzyknął: Quo vadis, domine?
Do miasta - odpowiedział rzeczowo Amonianusz - Czego?
Panie, przywożę rozkaz. Na prośbę Ambrożego cesarz kazał oszczędzić miasto... - krzyknął przejęty posłaniec.
Nieprzejęty Amonianusz odpowiedział: Na to już trochę za późno.

Nicea, A.D. 2030


Człowiek, którego tożsamość znało tylko kilka osób na świecie, znany w nielicznych kręgach jako "Wesołek", a opinii publicznej znany, głównie za sprawą swoich dzieł, jako "Wesoły Terrorysta", siedział w niewielkiej kafejce, sącząc poranne latte i leniwie spoglądając przez szybę. Po drugiej stronie ulicy widział front centrum hotelowo-konferencyjnego, złożonego z trzech skrzydeł budynku i baner umieszczony nad wejściem. Napis głosił: "Światowy Zlot Feministek. Precz z szowinistycznymi świniami. Stop fanatykom". -Dość jasna deklaracja idei - pomyślał Wesołek - Jak, kurwa, w "Seksmisji"
Lubił ten film. Bardziej niż komedię, postrzegał go jako trafne studium feminizmu. - Chłopa wam potrzeba, takiego, który przeheblowałby was porządnie - uśmiechnął się do swoich myśli - Ciekawe, dlaczego feministkami zostają tylko same brzydkie, i nie chodzi tylko o wygląd. Ale chyba już czas... -
Spojrzał na ulubiony czasomierz marki Vacheron Constantin. Oceniał, że uczestniczki zjazdu były już po panelu o wiele mówiącej nazwie "Alternatywny model rodziny 8+3 jako źródło społecznej siły" i udawały się teraz do restauracji na obiad. Czas zaczynać. Z kieszeni marynarki wyjął fiolkę i z uwagą przeczytał mikroskopijnych rozmiarów napis. "Stężone feromony. Przestrzegać maksymalnej dawki". Skrzywił się z niesmakiem (wolał ufać naturalnemu czarowi) i odłożył fiolkę do popielniczki. Znajdzie ją młody, pryszczaty kelner i jak podejrzewał, wykorzysta odpowiednio, do likwidacji trądziku.
Wesołek poprawił mankiety koszuli, machinalnie sprawdził złote spinki Montblanc, otrzepał niewidzialny pyłek z rękawa garniaka za 2000 euro i wyszedł na słoneczną ulicę.

Wesołek opuścił hotelowy pokój. Zanim zamknął drzwi zatrzymał go czuły głos - Spotkamy się jeszcze, misiu? -
- Lepszy miś od świni, ale... wątpię - z przekąsem opowiedział - Kup sobie masażera
Spojrzał na numer pokoju - 105 - z toaletą praktycznie zlokalizowaną na złączu dwóch skrzydeł budynku. - 205, 305, 405, 505, 605, potem 215 i tak dalej...- zwizualizował w pamięci plan - jeszcze dwa zrobię bez problemu, potem pozostanie zdać się na "niebieskie wspomaganie". Na końcu piwnica i piętro techniczne. Garaże zrobiłem dwa dni temu -
Wesołek dziarskim krokiem ruszył w kierunku schodów. - Przyda się mała rozgrzewka przed maratonem - mruknął do siebie.

Po wyjściu z 315 oparł się o ścianę, długo usiłując złapać oddech. W pokoju były dwie feministki, co oznaczało niezaplanowany wydatek energii. - Jeszcze, kurwa, trzy... Nie dam rady - zajęczał, usiłując nie poddać się panice - Muszę wytrzymać -
Wyjął z kieszeni małą tubkę, wycisnął na rękę zawartość i z westchnieniem ulgi włożył ją w spodnie. Po rozprowadzeniu lubryfikatora (z łagodzącym ekstraktem aloesu), wyjął małą fiolkę, wytrząsnął z niej dwie kapsułki. Po namyśle dodał jeszcze dwie. - Stymulanty to niebezpieczna zabawa - pomyślał spoglądając na zegarek - ale już piąta piętnaście i zostały trzy pokoje. Muszę wytrzymać. -
Apatycznym krokiem skierował się do windy...

O dziesiątej rano elegancko ubrany mężczyzna, jak zwykle od tygodnia, pił latte w tej samej co wczoraj kafejce. Widać było po nim krańcowe wyczerpanie. Po drugiej stronie ulicy miłe panie rozpoczynały właśnie dyskusję na temat "Samiec jako ewolucyjny ślepy zaułek". Słoneczko grzało, ptaszki śpiewały. Wesołek sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki. Wyjął pudełeczko z jednym, zabezpieczonym pleksiglasową osłoną, guziczkiem. Ręka ważyła chyba tonę, tracił też czucie na końcach palców. Niezgrabnie zdjął osłonę i cały czas patrząc na hotel, nacisnął guzik.
Ptaki zamilkły. Powierzchnia kawy w filiżance zafalowała. Dopiero po chwili do uszu Wesoła dobiegł pomruk. W budynku naprzeciwko z kilku okien, położonych na styku skrzydeł, posypała się kaskada szkła. Wydawało się przez moment, że to już koniec a potem... potem budynek zaczął się składać. Osiadające elementy, pociągały za sobą całą strukturę. Trwało to sekundy, ale Wesołkowi wydawały się całą wiecznością. - Dla nich w środku do cała wieczność - pomyślał filozoficznie.
Proces nabrał tempa, kiedy coraz więcej pięter znikało w podziemnym garażu. Wreszcie, w miejscu, gdzie przed chwilą stał kompleks widać było nieprzypominającą niczego hałdę. Wesołek włożył w rachunek kilka euro i wyszedł prosto w tłum gromadzący się tłum. Na wietrze tańczył pobrudzony pyłem baner. "Stop fanatykom" było w tym momencie ironicznym requiem dla feministek.

Katakumby opactwa, kilka dni później

Biskup szedł mrocznymi korytarzami, w których od wieków znajdowały swój wieczny spoczynek kości zamieszkujących opactwo braci. Tu zawsze czuł wszechogarniającą atmosferę mistyki, pogłębianą jeszcze przez zawiłą konstrukcję z kości i czaszek, jakimi były wyłożone ściany. - Postronnej osobie wydawałoby się to sceną jak z taniego horroru - pomyślał biskup - ale to ostateczne poddanie, bracia na wieki jednoczą się z klasztorem, gdzie spędzili swe życie -
Jak zwykle nie usłyszał go, poczuł tylko obecność u swego boku. - Synu. Czytałem gazety. Dobra robota - cichym głosem, aby nie zakłócać spokoju zmarłych, powiedział biskup.
- Dziękuję, Ojcze. Nawet nie wiesz, ile mnie to kosztowało - równie cicho odpowiedział Wesołek. Biskup był jednym z tych nielicznych, którzy wiedzieli kim jest. Ponadto, pochodził z Polski jak on.
- Twoje koszty materialne zostaną z naddatkiem wyrównane. Inne zostaną Ci wynagrodzone w życiu przyszłym. Ważne, że z pomocą Świętego Jana Pawła Wielkiego, zdeptałeś węża. - Biskup wyjął z kieszeni cedrowe pudełeczko. - Synu... to Equester Ordo Sancti Silvestri Papae, Order Świętego Sylwestra... i Jego Świętobliwość przyznał go tobie za zasługi na rzecz pontyfikatu. Od tej pory jesteś szlachcicem i rycerzem - w pudełeczku lśnił niesamowitym blaskiem złoty maltański krzyż.
- No, no, to się znajomi zdziwią - powiedział z uśmiechem Terrorysta, biorąc pudełko i podnosząc je do oczu - niezłe cacko. Mogę go nosić na szyi, eminencjo?
Nie. Trafi do szuflady. Mojej, chcę podkreślić - biskup, odebrał Wesołkowi pudełko - niech ci wystarczy świadomość zaszczytu. I honoru jaki stał się twoim udziałem. Od dziś jesteś członkiem Zakonu. Odpust za akcję też oczywiście dostałeś -
Przez chwilę szli w milczeniu. Biskup odezwał się pierwszy: - Swoją drogą, szkoda, że zginęły w stanie grzechu . Nie miały szansy oczyścić swoich dusz... Spowiedź, spowiedź by je oczyściła...
Wesołek z sardonicznym uśmiechem spojrzał na biskupa: - Na to już trochę za późno.

niedziela, 13 kwiecień 2008

Urlop

Postanowiłem sprawić sobie tydzień urlopu. Odwiedzić rodziców, poświęcić max czasu córeczce... Wyjeżdżam dziś, wracam w niedzielę... a ponieważ w międzyczasie blogowanie nie będzie raczej moim priorytetem, proszę... czytelnicy, nie opuszczajcie mnie.

Do zobaczenia :)

środa, 9 kwiecień 2008

Porada Ojca Tadeusza

Jechałem sobie do pracy i, w ramach relaksu, słuchałem "Radio Maryja". Akurat leciała retransmisja mszy w Chicago, podczas której Ojciec Dyrektor wygłaszał kazanie. Ojciec Dyrektor dawał ostro czadu, najdziwniejsze, że mniej więcej poprawnie sklecał zdania (pewnie czytał z kartki). Cytował Martina Bormanna... :) Najciekawsze jest to, że w pewnym momencie nawiązał do sprawy molestowania wychowanków przez "ojca Andrzeja" w Szczecinie. Zaskoczył mnie tak, że prawie nie zdążyłem włączyć nagrywania w empetrójce. Ojciec Tadeusz, między innymi, był strasznie wk...wiony, że o sprawie mówiono też w Wielki Czwartek, w dzień ustanowienia kapłaństwa... "Czy katolik może kamienować katolika, czy katolik może kogokolwiek kamienować, może kamienować kapłana, może kamienować biskupa?". O sprawie "kamienowania" czyli nagłaśnianiu przypadków molestowania wypowiedział się zresztą szerzej:
"Nie chodźmy do pogan w naszych sprawach i nigdy nie mówmy na siebie. Jeżeli mamy coś do siebie, powiedzmy sobie w cztery oczy, tak jak Kościół robił przez wieki. Mogą być poranienia przeróżne, mogą być różne sytuacje, ale musi być prawda i miłość, prawda w miłości"

I wszystko jasne, nieważne czy molestowanie miało miejsce, czy nie - "nie mówmy na siebie".
Ciekawe jak miałoby to wyglądać. Może tak:

Do gabinetu Ojca X. wchodzi młody mężczyzna
- Czego? Na zapowiedzi...? - uprzejmie zapytał ksiądz X.
- Nie poznaje mnie ksiądz?... To ksiądz mnie molestował szesnaście lat temu.
- Oczywiście, że nie poznaję. Tylu was było...
- To ja, Przemek. Naprawdę ksiądz nie pamięta, jak przychodził do mojego pokoju w nocy, dotykał....
- Aaaa, no tak... Przemuś... przyszedłeś po jeszcze? Za stary jesteś chłopie - wesoło zaśmiał się ksiądz Andrzej - ... poza tym, już się tym nie param. Za późno przyszedłeś...
- Ojcze, jestem u księdza, bo ksiądz bardzo mnie skrzywdził. Ale nie chcę chodzić z tym do mediów czy prokuratury. Chcę usłyszeć tylko zwykłe, ludzkie przepraszam...
-Synu, do proroka to se możesz iść, przedawniło się dawno, ale media... dobrze zrobiłeś, nie wolno chodzić do polskojęzycznych pogańskich mediów. Lepiej to załatwić jak Kościół czynił od wieków... Zapomnieć...
- Jak to zapomnieć, nie ciąży księdzu ten grzech. Krzyw...
- Nie ciąży! Spowiedź od tego mamy...
- Jak to spowiedź? A żal za grzechy...
- Żałowałem, synu, żałowałem... No dobra, skoro wszystko sobie wyjaśniliśmy, możesz już iść. Chyba, że chcesz kupić zestaw satelitarny. Jakbyś słuchał polskich mediów a nie laickich, liberalnych czy libertyńskich, niepolskich i niekatolickich, to byś wiedział, że mogą być poranienia przeróżne, mogą być różne sytuacje... Jak mówią w Chicago shit happens....

Amen

Wykop... w kosmos

Posta "Sympatia nakazana prawem cz. III" przeczytał blogger Cichy, spodobał Mu się... i w komentarzu poinformował, że "wykopał" tego posta. "Wykopał"... to fajnie. Byłem wprawdzie świadom istnienia serwisu Wykop, ale, szczerze mówiąc, nie zdawałem sobie sprawy z jego siły. Niech przemówią fakty (dane z Google Analytics, obrazki można powięszyć):








Niezła zmiana, nieprawdaż??? Cichemu bardzo dziękuję... i "wykopujcie" mnie cześciej :)

wtorek, 8 kwiecień 2008

Sympatia nakazana prawem cz. III

Jesus mógłby tak stać do sjesty, jednak brutalna rzeczywistość wdarła się do świadomości przybierając postać ręki chwytającej go za ramię.

- Jazz, wszędzie Cię szukałem. Nie było Cię na prelekcji dr. Muller... no i zaraz mamy przyjęcie nowej grupy. Coś się tak, kurwa, zamyślił, goju nieobrzezany? - Jak się okazało brutalna rzeczywistość miała twarz Ezechiela Modeny, dyrektora administracyjnego Ośrodka, prywatnie jednego z nielicznych przyjaciół Jesusa.
- Problemem dr. Muller jest absolutny brak mózgu i nie będę tracił czasu na jej pseudonaukowe wywody - irytacja nieładnie wykrzywiła twarz Jesusa. Helga Muller była kierowniczką działu Modyfikacji Behawioralnej, z którym dział Salazara toczył bezustanne boje kompetencyjne. Przyczyną konfliktu było przekonanie obojga, że to ich poletko ma kluczowe znaczenie w realizacji celów Ośrodka, a dział przeciwnika może stanowić tylko użyteczne uzupełnienie kuracji. Na tym tle toczyła się bezustanna wojna podjazdowa. - A co do zamyślenia to zebrało mi się na wspominki. Wielka Armada... -
- Taaa, miły to był widok, trzeba było wszystkich ich wyrzucić, a nie jakieś głupie komisje tworzyć. Luźniej by było – zaśmiał się Modena.
- A przez Ciebie przemawia nienawiść na tle rasowym, Żydu – Salazar, zirytowany wcześniej wizją nalanej mordy Muller, teraz naprawdę się zdenerwował – My tylko usunelismy śmieci, nie z powodu, kim byli, ale z powodu zagrożenia, które stanowili Nie bombardowaliśmy ich, nie burzyliśmy ich domów... - Salazar był zawsze dumny z prac Komisji Weryfikacyjnych, szczególnie, że sam w jednej z nich zasiadał. Cywilizowana Europa nie splamiła się czystką etniczną. Deportacje miały charakter wybiórczy, a proces wyłaniania „kandydatów” był niezwykle dokładnie przemyślany. Wysiedlenie miało objąć wyłącznie elementy niepożądane: imigrantów, którzy występowali czynnie przeciw spokojowi publicznemu; imamów wzywających do dżihadu i ich radykalnych zwolenników; imigrantów unikających pracy, za to czerpiących pełnymi garściami z systemu pomocy społecznej i wszystkich innych, którzy przybywając do Europy szybko stali się dla niej zagrożeniem i przekleństwem. Selekcja była procesem starannie przemyślanym, bo jak inaczej skutecznie oddzielić ziarno od plew. Komisje nie tylko analizowały życiorys i poglądy kandydata, materiały na jego temat, zgromadzone przez policje i specsłużby, ale też w przypadku wątpliwości kierowały delikwenta na badanie wariografem, podczas którego był pytany o rzeczy niezwykle ciekawe. Bezcenne okazało się też podpisanie umowy z firmą internetową, która udostępniła swoją historię wyszukiwania, historię przeglądanych stron i zawartość skrzynek mailowych należących do weryfikowanych. Nawet, gdy brakowało innych dowodów, to fakt, że pan Muhamad X. 24 września wpisał do wyszukiwarki frazę „bomba domowy sposób proszek do prania”, był dla komisji ciekawą poszlaką. Pomimo tego, że nieliczne głosy nazywały komisje „sądami kapturowymi” czy „trybunałami inkwizycyjnymi”, to jednak ich praca była rzetelna a niewinni nie mieli się czego bać. A w Izraelu co...???
- My się tylko broniliśmy. Przez dziesięciolecia żyliśmy w strachu przed jakimś nawiedzonym pojebem, któremu zachce się wybrać do Raju, wysadzając się w autobusie albo w tłumie na targu. Broniliśmy naszego życia, naszego domu... - Modena przybrał zbolały wyraz twarzy.
- No właśnie, wy mieliście rakiety, oni mieli nogi. Różnica tylko w środkach przenoszenia. Różnica polega na tym, że u nas bombami odpłacali nam za miejsce do życia, za miliardy euro zasiłków, które pobierali, za tolerancję dla ich religii, kultury, odmienności. A Izrael odpowiadał rakietami na bomby, oni bombami na rakiety. Wet za wet. Poza tym bardzo mnie dziwi te twoje „my”, „naszymi”... z tego co wiem nigdy nie byłeś w Izraelu, nawet wtedy, gdy można tam było pojechać nie ryzykując, że Ci druga ręka wyrośnie, albo drugi kutas...he, he, he -
- Nie złożyło się jakoś, piasku za dużo...ale my tu gadu, gadu a praca czeka. Trzeba coś pomyśleć w temacie tej grupy - Eza speszył się wyraźnie, widać był to temat, którego nie miał ochoty kontynuować.
- No tak, fajnie jest być semitą, ale niekoniecznie na radioaktywnej pustyni. Dobra, kończmy flaszkę i do domu, jak mawiają Polacy. Grupę rozdzielamy jak zwykle, według parytetu 50/50, choć ciężko na duszy, gdy pomyślę, że ta krowa dostanie choć jednego - teatralnie westchnął Salazar.
- Jeśli mogę spytać... - zapytał Eza, tłumiąc śmiech – Skąd ta niechęć. Oboje jesteście lekarzami, oboje robicie to samo. Dwie linie, ale produkt zjeżdża z nich taki sam.
- Chcesz wiedzieć, przygotuj się na dłuuugi wykład... Kiedy poradziliśmy sobie z ekstremizmem, sympatie polityczne pozostały przy partiach, które uratowały Europę. Poparcie nawet wzrosło, a co za tym idzie wzrosło przyzwolenie dla dalszych zmian... Bankructwo moralne tak zwanej „lewicy obyczajowej” zostało obnażone i nie mogła się ona przyczaić nawet w swoich tradycyjnych leżach... ośrodkach akademickich. Wielu z „myślicieli” postanowiło pokazać swoją solidarność z Abdulami i wyjechało razem z nimi. Szybko dojrzeli do powrotu. Cóż z tego, jeśli wcześniej zrzekli się obywatelstwa. Ich strata. Inni dostali w dupę, gdy wprowadzono zasadę neutralności światopoglądowej w systemie edukacji. Wszyscy ci neomarksiści, neotrockiści, maoiści i całą reszta hołoty nie miała zamiaru przestać mącić i straciła pracę, na uniwersytetach, w mediach... Chwilę później wypłynął temat, że jeśli jedne z tworów lewactwa okazały się być zatrutym owocem, to trzeba się przyjrzeć innym. Konkretnie chodziło o „akcję afirmacyjną” zapewniającą w życiu publicznym parytety dla uprzywilejowanych grup. Spytano, czy demokratyczny jest system, w którym w wyborach kobieta, zdobywszy 3000 głosów, wygrywa z mężczyzną, który zdobył ich 30000, tylko dlatego, bo miejsce jest zarezerwowane dla kobiety. Zastanowiono się też, czy istnieje jakikolwiek racjonalny powód, uzasadniający postulat rezerwacji 15% miejsc na wszystkich szczeblach administracji, dla aktywistów gejowskich, którzy i tak twierdzili, że to za mało, bo co piąty człowiek ma ich skłonności. Wyszło na to, że lewica obyczajowa zdechła, a jej dzieci żyją i mają się dobrze. Nie wiadomo dlaczego, bo ośmieleni brakiem lewicowej presji lekarze, zaczęli wracać do poglądu, że homoseksualizm nie jest jednak taki naturalny, jak im się wcześnie wydawało... że stanowi zaburzenie, które można i trzeba leczyć.
Właśnie wtedy na forum Parlamentu Europejskiego pewien polski delegat, Zbigniew Zero (znany dotychczas głównie z posiadania czterech dyktafonów na których wszystko, cały czas, nagrywał) zgłosił projekt ustawy, która obejmowałaby „dewiantów” przymusowym leczeniem. Wprawdzie Zero uzasadniając swój projekt, mówił odrobinkę bezsensu, co chwila podpierając się autorytetem jakiegoś na wpół zapomnianego papieża czy świętego, to jednak dyskusja, która nastąpiła później była już rzeczowa i merytoryczna. Ku zdziwieniu samego pana Zbigniewa ustawa, w kształcie trochę zmienionym (między innymi wyrzucono z tekstu powtarzające się kilkadziesiąt razy imię dawnego papieża) przeszła. I zapewniła polskiemu delegatowi swego rodzaju nieśmiertelność. Stał się bohaterem komiksów, a nawet pierwowzorem popularnej postaci w grze komputerowej: ZbigZero, który wykańcza swoich wrogów, rzucając w nich dyktafonami.
Ośrodki zorganizowano bardzo szybko. Początkowo tylko jako placówki badawcze, mające ustalić sposób leczenia. Były dwie opcje.
Pierwsza zakładała zmianę orientacji seksualnej za pomocą negatywnych bodźców. Wczepiano klientowi elektrody w pewne ośrodki mózgu, dokładano interfejs wirtuala i do dzieła. Pacjenta warunkuje się przy pomocy połączenia homoseksualnych scenek z negatywnymi bodźcami. Gdy w rzeczywistości wirtualnej dochodziło do zachowania intymnego, zaczynał on odczuwać ohydne smaki i zapachy, później przeraźliwy ból. Po wielu cyklach zabiegów ciało zaczynało reagować automatycznie. To tak, jak u psa Pawłowa: włączasz dzwonek i zaczynasz okładać psa kijem. Po pewnym czasie wystarczy, że tylko włączysz dzwonek, a pies sam moczy się ze strachu. I w żaden sposób nie może zapanować nad tą reakcją. To odruch. Tak jest i w przypadku Modyfikacji Behawioralnej krowy Muller. Po jej terapii homoseksualista znajdując się w sytuacji, która kiedyś wywołałaby podniecenie, odczuwa tylko przeraźliwy paraliżujący strach, nad którym nie panuje. Moczy się, traci przytomność, czasem doznaje udaru mózgu. Najśmieszniejsze jest to, że zmiana orientacji faktycznie nie następuje. Tworzy się poranionych psychicznie, nieszczęśliwych ludzi, którzy pomimo tego, że w grzechu już nie żyją, ale normalnych reakcji z płcią przeciwną też nie nawiązują.
Druga opcja: Imprinting Farmakologiczny miała prowadzić do wyleczenia homoseksualizmu środkami farmakologicznymi. Na początku XXI wieku naukowcy prowadzili badania w tym kierunku, nauczyli się nawet sterować orientacją seksualną u szczurów i królików, jednak środki na dalsze badania zostały cofnięte, pod presją gejowskich aktywistów, którzy przyrównali badaczy, nie wiedzieć czemu, do dr. Mengele. Gdy nastał czas bardziej sprzyjający dla niezbyt, wcześniej, poprawnych politycznie badań (to jest czterdzieści lat później), prace znów zostały podjęte. Tworzono coraz doskonalsze leki złożone z neuroprzekaźników i innych tworów wyrafinowanej biochemii, które w łatwy sposób, w połączeniu z pomocą psychologiczną, pozwalają na skierowanie każdego homosia na drogę normalności.... i wszystko to bez metod rodem ze średniowiecza, dziwnie kojarzących się z torturami, bez tworzenia psychicznych wraków... Sam oceń, która metoda jest lepsza. Niestety znaleźli się zwolennicy obu metod, więc obie funkcjonują obok siebie -
Eza popatrzył w zamyśleniu na Jesusa - Ale ty czasem wysyłasz niektórych swoich pacjentów do Muller, więc chyba jej metoda nie jest taka najgorsza... -
- Tylko tych, którzy po leczeniu, dalej prowadziliby taki tryb życia. Nie z powodu popędu, bo go już nie byłoby, ale traktując to jako manifest ideologiczny. W wybijaniu takich głupot z głowy Muller jest świetna, szkoda, że do niczego innego...

Salazarowi przerwał jakiś nagły tumult od strony wejścia do Ośrodka. Odwrócił się gwałtownie i zobaczył postać w szpitalnym wdzianku biegnącą w stronę wzgórz. Z ogolonej głowy obsenicznie sterczały mu końcówki świeżo wszczepionych elektrod. Za nim z budynku wypadli strażnicy. Salazar zobaczył, jak jeden z nich w biegu wyciąga służbową „dziewiątkę” i mierzy. Wysoko, za wysoko. - Strzelaj w nogi, cieciu jebany – wrzasnął Salazar – To ośrodek terapeutyczny a nie jakiś, kurwa, obóz koncentracyjny -
Strażnik posłusznie obniżył lufę, padły dwa strzały. Pod mężczyzną załamały się nogi, upadł ciężko w pył dróżki. Strażnicy podbiegłszy, zaczęli go wlec w stronę budynku. Strzelec, ze skruszonym uśmiechem, podszedł do Jesusa i Ezy.
- Przepraszam, panie doktorze, mój błąd. - wydawał się autentycznie zawstydzony - Lata temu, służyłem w Marsylii, a tam trzeba było plisnoła trafić w łeb, zanim nie rzucił granatem, albo się nie zdetonował. Jeszcze raz przepraszam.
- Dobrze, nic się ostatecznie stało. Proszę wracać do obowiązków – Salazar był dziś skory do wybaczania. W końcu dzień był taki piękny – Eza, powiedz mi więcej o tej grupie...
- Dostawa z Polski... wielu ukrywało się na obszarach słabo zaludnionych. Ciekawostką jest to, że mają dwóch, długo poszukiwanych aktywistów. Zaraz... mam tu ich nazwiska - Eza wyjął z kieszeni palma - Taaa. Szymon Prussak i Robert Stonka. Stare cioty... a mówiąc stare, mam na myśli naprawdę stare cioty. W okolicach siedemdziesiątki.
-Siedemdziesiąt... i jeszcze mogą? Powinni zakazać wspomagania dla gerontów - zaśmiał się Salazar - dobra... biorę ich, kuracji Muller i tak by nie przeżyli, choć dla nich byłaby najlepsza. Ale my ich wyleczymy. I wiesz co, Eza, tak sobie pomyślałem, z innej beczki. Mogli nie poddawać eutanazji tych wszystkich pedofili. Też byśmy ich wyleczyli.
-Za późno, Jazz, za późno

I to już koniec mojej małej wprawki literackiej. Zastanawiam się jakie jest prawdopodobieństwo, że nastąpi podobny rozwój wydarzeń. Przecież prawdą jest, że obecnie dominującą ideologią w Europie jest ideologia lansowana przez "lewicę obyczajową", i to niezależnie od tego jaka opcja polityczna rządzi w danej chwili. Spójrzcie na Polskę. Ledwo Kaczyński coś tam w swoim orędziu powiedział o zagrożeniu dla ładu moralnego, wyznawanego przez większość społeczeństwa i zagrożeniu instytucji tradycyjnego małżeństwa, a zaraz sześćset autorytetów napisało list otwarty do Prezydenta, protestując przeciw jego homofobii. Naprawdę, trzeba mocno ważyć słowa, aby nie narazić się na zarzut homofobii, ksenofobii, szowinizmu czy seksizmu.
Nie należę do żadnej z tych kategorii, ja to wiem, wiedzą to ci, którzy mnie znają. Ale czy to wystarczy...? Wystarczy, że "Salon" wypowie się, z moca wyroczni, że ktoś jednak jest homofobem, szowinistą czy seksistą, aby nim się stał. "Salon" o śladowym poparciu politycznym, ale jakże wielkich wpływach. Czy to jest porządane?
Czy to normalne, że decyzja co jest dobrem albo złem, leży w kompetencji gremium nieobieralnego, przekonanego o swojej nieomylności i wyższości moralnej i intelektualnej? Tak przekonanego o swojej nieomylności, że nie dopuszczającego żadnej dyskusji w tematach dla niego świętych (bo z "oszołomami" i "ciemniakami" się nie dyskutuje - można ich jedynie wyśmiać). Kto dał im to prawo? I, ile potrwa, zanim to prawo im odbierzemy?