sobota, 10 października 2009

Znak Pokoju - Obama w "Kręgu Podejrzeń"


«Chodź, ukażę ci wyrok na Wielką Nierządnicę,
która siedzi nad wielu wodami, z którą nierządu się dopuścili królowie ziemi,
a mieszkańcy ziemi się upili
winem jej nierządu».
I zaniósł mnie w stanie zachwycenia na pustynię.
I ujrzałem Niewiastę siedzącą na Bestii szkarłatnej,
pełnej imion bluźnierczych,
mającej siedem głów i dziesięć rogów.
A Niewiasta była odziana w purpurę i szkarłat,
cała zdobna w złoto, drogi kamień i perły,
miała w swej ręce złoty puchar pełen obrzydliwości
i brudów swego nierządu.
A na jej czole wypisane imię - tajemnica:
"Wielki Babilon.
Macierz nierządnic i obrzydliwości ziemi"


Jak łatwo sprawić, aby ludzie uwierzyli... Jak łatwo sprawić, aby wyobrażenia wyparły fakty, wiara wiedzę. Bazuje na tym wielu, od akwizytorów cudownej pościeli zaczynając, na politykach kończąc.Jak łatwo stworzyć w umysłach masy formę, którą ona sama wypełni treścią. Jak łatwo stosując proste techniki manipulacji wpływać na postrzeganie świata, wybory konsumenckie, przekonania polityczne. Jak łatwo, w końcu bazując na paru cytatach z Biblii, internecie i paru zdjęciach stworzyć bajkę, w którą wielu mogłoby uwierzyć.

Biały Dom – oficjalna rezydencja i miejsce pracy prezydentów USA, czyli obecnie Laureata Pokojowej Nagrody Nobla Baracka Obamy. Czyli kogo... Jak to kiedyś raczył powiedzieć poseł RP Artur Górski (PiS):
Gdy biedne, czarne przedmieścia wielkich amerykańskich miast zawyły z radości, gdy przeważnie lewicowo-liberalni studenci zatańczyli w korowodzie zwycięstwa, konserwatywna, tradycyjna Ameryka przeżyła szok i rozczarowanie. Jej prezydentem, głową największego na świecie mocarstwa został kumpel lewackiego terrorysty Williama Ayersa, polityk uważany przez republikańską prawicę za czarnoskórego kryptokomunistę (...) Teraz, głosami swoich wyborców, Obama, czarny mesjasz nowej lewicy, zgniótł kandydata republikanów Johna McCaina. Już niedługo Ameryka zapłaci wysoką cenę za ten grymas demokracji. Jak powiedział mój klubowy kolega poseł Stanisław Pięta, Obama to nadchodząca katastrofa, to koniec cywilizacji białego człowieka

Cytat z jakiegoś forum (autor "Malibu"):
Liczba "czterdzieści i cztery" oznacza 44 prezydenta USA (G.Bush jest aktualnie 43 prezydentem USA), co by się zgadzało. Dzisiejszymi głównymi kandydatami na prezydentów są B. Obama i J. McCain. Biorąc pod uwagę wcześniejsze wyrazy wersu, czyli: "z matki obcej" - można to podłączyć do Obamy, który jest czarnoskóry..a więc przyszły wybawiciel polskiego narodu byłby innej narodowości. Ale za to "krew jego, dawne bohatery" można podłączyć jednocześnie do McCaina, który jest weteranem II wojny św., (czyli "dawnym bohaterem"), jak i do Obamy którego potomkowie (murzyni) byli pod jakimś względem bohaterami np. wywalczając sobie wolność. Do czego zmierzam. Istnieją też przepowiednie (np. Nostradamusa) i wierzenia o nadejściu "czarnego papieża". Wydaje mi się, że "czarny papież" nie oznacza dosłownie czarnoskórego papieża. Może to oznaczać emblemat na herbie Benedykta XVI, gdzie widnieje czarnoskóry mężczyzna, jak i może to oznaczać papieża w sensie przywódcę, co miałoby związek z objęciem władzy w USA przez Obamę. Zamierza on przeprowadzić zmiany w prowadzeniu polityki ze strony USA, co być może wpłynie na kontakty z krajami Europy i Azji, co z kolei może być przyczyną agresywnej polityki, lub stanowić w przyszłości jakiś punkt zapalny. Wystarczy obejrzeć kilka filmów z udziałem Obamy aby się przekonać, że to człowiek pewny siebie, ale jednocześnie zuchwały. Nie chce przedstawiać go w złym świetle jako tego, który ma zburzyć porządek na świecie. Po prostu zbieżność niektórych rzeczy jest naprawdę znacząca. być może właśnie za jego kadencji nastąpi wybuch III wojny światowej.


Następny cytat (autor Marta Wawrzyn):
W Ameryce pojawiły się pomysły, że owym "papieżem" może być Barack Obama. Za Oceanem krąży nawet kilka łańcuszków mailowych, rozpowszechniający tę rewelację. Przeklejane na kolejne fora i blogi robią swoje. Czyli wodę z mózgu tym, którzy nie potrafią myśleć samodzielnie - tak jak insynuacje, że Obama jest muzułmaninem.
W sieci znaleźć można nawet blogi, które zajmują się zbieraniem kolejnych newsów, mających świadczyć o tym, że w czarnoskórym kandydacie Demokratów siedzi zło. W jednym z nich znalazłam sondę z pytaniem, czy Obama jest antychrystem. Aż 49% dotychczas głosujących odpowiedziało "tak".


 I dano jej, by duchem obdarzyła obraz Bestii,
tak iż nawet przemówił obraz Bestii
i by sprawił, że wszyscy zostaną zabici,
którzy nie oddadzą pokłonu obrazowi Bestii.
I sprawia, że wszyscy:
mali i wielcy,
bogaci i biedni,
wolni i niewolnicy
otrzymują znamię na prawą rękę lub na czoło
i że nikt nie może kupić ni sprzedać,
kto nie ma znamienia -
imienia Bestii
lub liczby jej imienia.
Tu jest potrzebna mądrość.
Kto ma rozum, niech liczbę Bestii przeliczy:
liczba to bowiem człowieka.
A liczba jego: sześćset sześćdziesiąt sześć


Teoria Gier

Dosłownie przed chwilą dowiedziałem się, że Kamiński znów rozesłał po wysokich organach listy. Tym razem mamy aferę stoczniową :) Niesamowite. Ile to afer wykopuje nagle szef CBA – to bardzo dziwny zbieg okoliczności. Za tydzień CBA uraczy nas następną aferą? Najśmieszniejsze jest jednak to, że według Kancelarii premiera Kamiński sam mógł popełnić przestępstwo, nie zawiadamiając prokuratury o swoich podejrzeniach. Na podstawie opinii, jaką sobie wyrobiłem o tym człowieku, będzie się zapewne tłumaczył upolitycznieniem prokuratury. Postawiła zarzuty człowiekowi bez zmazy i skazy, dla którego "dobro państwa było zawsze najwyższą wartością", więc jest po stronie sił zła w mistycznym kręgu podejrzeń i nie można jej już ufać.

Ale dość już o aferze stoczniowej. Temat mało ciekawy, no chyba, że znów wyskoczy agent Tomasz, tym razem uwodzący katarskich szejków. Ale o owym agencie później. Czas wziąć na tapetę hazard.

Nigdy hazard mnie nie pociągał. W kasynie byłem dziesięć lat temu. Tam też grałem, jedyny raz w swoim życiu, na jednorękich bandytach. Jak już wygrałem dosyć, przeniosłem się na Black Jacka i ruletę. Poszedłem do kasyna nie po to by wygrać, tylko żeby pograć. Miałem określoną kwotę i założenie, że skończę, gdy przegram wszystko (co nastąpiło o piątej nad ranem). Hazardziści liczą na wygraną, ja liczyłem tylko na dobrą zabawę (kręciło się tam parę fajnych lasek). Hazardem zajmę się teraz, ponieważ ciekawy jest mechanizm nakręcania "afery". Na początek podstawy…

Polska w kwestii hazardu (a raczej, uściślijmy: "automatów o niskich wygranych") miała do wyboru dwie drogi: albo ograniczyć występowanie automatów tylko do kasyn i innych zamkniętych, licencjonowanych przybytków tego typu, albo też pozwolić na rozpowszechnienie "małego" hazardu wszędzie. Wybrano drugą opcję i zdecydowano się na obłożenie każdego automatu zryczałtowanym podatkiem, który obecnie wynosi 180euro miesięcznie. Dla porównania w kasynach i salonach gier, kwota stanowiąca różnicę między kwotą uzyskaną z wymiany żetonów do gry lub wpłaconą do kasy salonu i zakredytowaną w pamięci automatu lub wpłaconą do automatu a sumą wygranych uzyskanych przez uczestników gier, jest obłożona podatkiem wynoszącym 45%. Widzicie różnicę??? Niskie wygrane – 180 euro miesięcznie, wysokie wygrane – 45% podatku od zysku. Czy dopłaty będą czy ich nie będzie to tylko temat marginalny, omijający główny problem. Problem polega na tym, że 100% automatów zabezpieczonych przez CBŚ (ci profesjonalni, nie mylić z CBA) było nielegalnie przerobionych, zapewniając niekontrolowany i łatwy dostęp do wysokiego hazardu. I to jest właśnie prawdziwa afera hazardowa, która ciągnie się od lat. Kasyna, które muszą się pilnować, bo stracą licencję i zdechną, a także duże salony gier miały łączne przychody na poziomie 2,2 mld złotych. Automaty "o niskich wygranych" prawie 5 mld. W 2007 roku podatek wpłacony przez same kasyna wyniósł około 122 mln złotych a przez salony automatów "o niskich wygranych" 174 mln. I kto tu kogo robi w ch…ja. Automat po przerobieniu automatem "o niskich wygranych" jest już tylko z nazwy… i interes się kręci. Kiedy w kwietniu b.r. Centralne Biuro Śledcze, razem z celnikami, zabezpieczało 300automatów do gier, Pan Paweł Wojtunik, szef CBŚ a podobno też przyszły szef CBA, powiedział: "Mamy wątpliwości co do legalności tego biznesu i badamy jego związki z przestępczością zorganizowaną" i potwierdziło się. Skarb Państwa mógł już stracić 2,5 mld złotych. Pięć razy więcej niż przy nędznej aferce Kamińskiego. Zupełnie inną sprawą jest to, że owe 500 baniek, wg ekonomistów, jest tylko teorią i to opartą na wątłych podstawach. Równie prawdopodobne jest to, że podatki mogłyby nawet spaść, gdyby nastąpił znaczny odpływ klientów wkurzonych na to, że wrzucili stówę a grają za 90. Czego dowodzi fakt, że Kamiński wie, że będzie to 500 milionów? Zdolności prekognicji? Wątpię.

CBA ma kuriozalny talent to Afer, pisanych z dużej litery, nagłaśnianych, przez samo CBA zresztą. I ile tych afer wykryli? Pamiętam o trzech, czy czterech (nie licząc ostatnich). A ile państwowej kasy przy tym wydali? Nie wiem, nie sprawdzałem, ale można przyjąć za prawdopodobne, że wydali więcej niż wyniosłyby straty finansowe Skarbu Państwa, gdyby nie istnieli. To po co istnieją? Podobno CBA nie wzięła się za Beatę S., bo ta brała, ale wzięła się, by brać zaczęła. Niezawodny Agent Tomasz miał to uczynić. Agent Tomasz wziął się ostatnio też za Weronikę M.-P. i jak czytałem w "Dzienniku" tym samym sposobem. Szastający kasą, porsche przed luksusowym apartamentem, markowe ciuchy i dyskretny urok luksusu – wszystko za nasze pieniądze. A w tym samym czasie Policja nie ma za co benzyny kupić. Po prostu super. Ile zarabia doświadczony oficer w Policji, a ile Agent (AAAgent chciało by się rzec). A wszystko po to, aby obywatela sprowokować do popełnienia przestępstwa. Nowoczesna służba specjalna, jeszcze takiej nie było i pewno nie będzie.

piątek, 9 października 2009

Obel Nobamy

Wracając dziś z pracy usłyszałem w radio, że Barack Obama został laureatem pokojowego Nobla. Oczywiście wiekopomne zasługi Obamy dla pokoju są ogólnie znane. Ja osobiście ich nie znam, ale muszą być. Oczywista oczywistość. Nie dostał przecież Nobla za chęci, czy raczej słowa o chęciach. Nie dostał go też za to, co ma dopiero zrobić. W przeciwnym razie JA, który w planach na przyszłość mam likwidację głodu, przekonanie Kim Dzong Ila, że demokracja jest cool i wprowadzenie ery pacyfizmu, musiałbym dostać Nobla dawno temu. A nie dostałem. Obama więc otrzymał nagrodę za to co już zrobił…. tylko nie wiem za co. Proszę o pomoc. Oświećcie ignoranta

P.S. Publikuje z poziomu Worda 2007. Ciekawe jak wyjdzie J
P.P.S. Wyszło normalnie tylko to "J" w P.S. było przedtem ":)"

czwartek, 8 października 2009

Paruzja (moja)


Minął rok, jednak nie umarłem. Nie miałem czasu. Doba ma tylko 24 godziny. Z ich zbioru należy odjąć czas na sen, higienę, posiłki, wydalanie, i pracę. To co zostaje to wolny czas. "Czas" to życie, więc "wolny czas" to wolne życie. Życie rodzinne też zajmuje dużą część puli wolnego życia. Zostaje niewiele... A gdy zasoby są ograniczone trzeba dokonać wyboru. Przeczytać książkę czy obejrzeć film. Iść na spacer czy może napisać posta.
Moja blogowa aktywność zamarła na bardzo długo. W międzyczasie zmieniłem pracę, kupiłem mieszkanie, opiekowałem się córeczką, która dopiero we wrześniu poszła do przedszkola.

Wydarzenia te ograniczyły moją pulę czasu wolnego do totalnego minimum. Mieszkanie trzeba było dostosować do moich potrzeb, w nowej pracy zajmuje się pracą i nie blogowaniem i co najciekawsze... jak się wszystko ustabilizowało, trzeba było pomyśleć o internecie. Wymyśliłem sobie, że moim operatorem internetowym będzie Netia (chciałem UPC, ale nie wszędzie mają infrastrukturę). W niecały tydzień założyłem telefon w Tepsie (technicy powiedzieli, że połączenie będzie jak żyleta, ponieważ pod blokiem mam cyfrową centralkę) i zamówiłem neta w Netii. Bardzo szybko dostałem info, że net już jest. Kupiłem router i ... nic. Router nawiązywał połączenie, pobierał adres bramy i DNSy i nie dochodziło do jakiegokolwiek transferu danych... a po kilku minutach rozłączenie połączenia. Na technicznej infolinii bardzo usiłowano mi pomóc. Wstępna diagnoza brzmiała: zła konfiguracja. I później: "Proszę nacisnąć przycisk w lewym, dolnym rogu z napisem START, wcisnąć przycisk URUCHOM, a następnie wpisać C-M-D, później w czarnym okienku I-P-C-O-N-F-I-G-bardzo długi przycisk na dole klawiatury-przechylona w prawo kreska-A-L-L........" i tak dalej przez dni kilka. Gdy w końcu przekonałem rozmówców po drugiej stronie słuchawki, że umiem konfigurować sieć i zdażało mi się w przeszłości to robić, infolinia przekazała sprawę technikom (chyba magikom). I znów "wina leży po Pana stronie", potem codzienne telefony: "Czy internet już działa?... nie?? dobrze.. zadzwonię jutro"... a na końcu: "sprawdziliśmy logi - to Pana sprzęt inicjuje zerwanie połączenia". Gdy zacząłem być niemiły, przysłano mi w końcu ekipę do domu..., która też nie mogła się połączyć (czyżby źle skonfigurowali sieć).

Miałem dość. Borykać się od maja do lipca Ze skutkiem natychmiastowym zerwałem umowę i zacząłem myśleć, co dalej. Padło na Aster, a cztery dni później 10mega już mi śmigało. Jednak NETIA o mnie nie zapomniałą. Na początku sierpnia dostałem list z powiadomieniem, że w stosunku do mojej osoby zostało wszczęte postępowanie windykacyjne... nie opłaciłem faktury ZA INTERTNET. Coś mnie strzeliło. Zadzwoniłem i w miarę grzecznie zapytałem, jak można opłacić fakturę za niewykonaną usługę, jeśli nie otrzymało się faktury. Miła Pani odpowiedziała, że faktura była do pobranie w serwisie internetowym. Zapytałem, jak można pobrać fakturę z internetu, jeżeli internet nie został, kurwa, dostarczony i dlaczego, kurwa, mam płacić za coś, czego, kurwa, nie dostałem (ponieważ jestem człowiekiem kulturalnym, "kurwy" były w myślach). Złożyłem telefonicznie reklamację, która po kilku tygodniach została uznana. I to koniec kontaktów Netii ze mną.

Podsumowując, aby skorzystać z Netii, musiałem założyć linię w TP, przez kilka miesięcy płaciłem abonament 50dych miesięcznie, a gdy okazało się, że Netia internetu mnie nie zapewni, wypowiedziałem Tepsie telefon (180 złotych). To moje koszty finansowe, bo kosztów starganych nerwów i straconego czasu nie sposób oszacować. Z pewnością rozumiecie, dlaczego reklama Netii z Kotem małpującym Kaszpirowskiego, działa na mnie jak płachta na byka. Cóż, postanowiłem, że jutro zadzwonię do Netii i upomnę sie o przysługujące mi odszkodowanie. Zobaczymy, jak Netia podejdzie do tematu... Ale dość już o tym.

Tak czy inaczej, mimo braku czasu a później dodatkowo braku internetu, śledziłem w miarę możliwości wpisy na blogach moich przyjaciół. Głównie w drodze do i z pracy :), na 2,5 calowym ekraniku. Szczególnie komfortowe to nie było, próba "obejrzenia" zdjęć na Cytadeli to była dopiero masakra a i o pozostawieniu komentarza mogłem zapomnieć. Jednak pozwalało mi to być w pewnym stopniu na bieżąco. Odwiedzałem Was i odwiedzam. Dziękuję też Wesołemu Terroryście i Slawkasowi za zainteresowanie. WT zapytał mnie, czy żyję. Dostałem info o komentarzu mailem... i zapomniałem odpowiedzieć. Mea maxima culpa. Ostatnio też odezwał się Slawkas i ten komentarz jako bodziec zainicjował w mojej głowie reakcję. Mam internet, w pracy chwilowo cisza, mała w przedszkolu, zaległych książek do przeczytania nie za wiele - więc teoretycznie JEST CZAS NA BLOGOWANIE. Zacząłem myśleć też o wideoblogu, szybciej tworzy się posty. Jak myślicie???

niedziela, 5 października 2008

1612 powodów do śmiechu

Obejrzałem wczoraj epokowe dzieło radzieckiej, tfu, rosyjskiej kinematografii. Produkcja Nikity Michałkowa wywarła na mnie kolosalne wrażenie, dowiedziałem się bowiem, że "ruskij czaławiek" to heros, który może się schować w jeziorze, przebywając pod powierzchnią wody przez czas nieokreślony (stąd właśnie rosyjscy nurkowie są najlepsi na świecie - nigdy się nie wynurzają), umilając sobie przy tym czas rozmową z zmutowanymi, mówiącymi karpiami (antycypacja Czarnobyla?). A jak już taki heros wyjdzie z wody i dorośnie to:

- potrafi nauczyć się kanonierstwa, szermierki, języków obcych i manier obcując z bytami nadnaturalnymi (duchem "Hiszpana"),
- potrafi jednym strzałem z armaty (samoróbki) unicestwić całą polską armię,
- jednym strzałem pozbawić głów cały oddział szarżującej husarii,
- przesycony kosmiczną, rosyjską eneregią (jądrową albo spirytusową, zapewne) chłop pańszczyźniany (tak zwany "cham z chamów") w krótkiej walce potrafi pokaonać polskiego "zawodowego" szermierza.
Nawet jak heros z wody nie wychodzi, to zawsze może spod wody [sic!!!] strzelać z kuszy!!! Widocznie rosyjskie cięciwy nie zamakają :)

Ponad to, z filmu możemy się dowiedzieć, że rosyjscy święci pustelnicy, aby zachować pozycję pionową, potrzebują podwieszenia na łańcuchach (czyżby już w 1612 byli narodem alkocholików...) a głównym przejawem fauny w rosyjskich lasach są jednorożce.

Najważniejsze jednak, że ten "historyczny" film zawiera 0% prawdy historycznej. Obiektywny opis znajdziemy w Wikipedii pod hasłem Dymitriady. Mnie osobiście bardzo podoba się fakt, że w 1604 roku tron dla Dymitra I i przyszłej jego żony Maryny, córki Jerzy Mniszcha zdobyła nie polska armia, ale "ekipa" zebrana przez Mniszcha i jego kolegów.
Prawdą jest tylko, że w 1612 roku skapitulowała polska załoga Kremla, natomiast wojna zakończyła się w 1618 roku. Kto zwyciężył?...
Cytat z Wikipedii: "Wielkie Księstwo Litewskie uzyskało ziemię smoleńską, Korona ziemię czernihowską i siewierską. Car Michał I Romanow zrzekał się tytułów księcia czernihowskiego, siewierskiego, smoleńskiego oraz inflanckiego. Uzgodniono wymianę jeńców. Drażliwą kwestię zrzeczenia się pretensji do tronu carskiego przez królewicza Władysława pominięto pomimo nalegań strony rosyjskiej. Nie ujęto również w porozumieniu postulatów Rosjan dotyczących zwrotu łupów wywiezionych z Kremla..."

I macie się czym chwalić, Rosjanie :)

piątek, 15 sierpnia 2008

Zegary Zamku Królewskiego

BLU Bernharda Lederer

Parmigiani One-One-Five (na moim nadgarstku)


Moja blogowa aktywność zamarła na długi czas... Lato nie sprzyja blogowaniu... Tyle innych rzeczy..., ale wszystko co dobre kiedyś się kończy, czas więc powrócić do codziennych "obowiązków". Pierwszy post po "urlopie" chciałbym poświęcić wydarzeniu sprzed dwóch miesięcy (więc o odrobinę "zwietrzałej" aktualności), które sprawiło mi sporą frajdę.

Czternastego czerwca odbyło się doroczne Spotkanie Klubu Miłośników Zegarów i Zegarków. Jak zwykle było zajebiście. Prezentacje firm Glashütte i Parmigiani, Dirka Dorblutha z firmy Dornbluth&Sohn i pana Benharda Lederera z firmy BLU... no i oczywiście premiera długo oczekiwanej książki "Czas i urządzenia do jego pomiaru" autorstwa prezesa Klubu, pana profesora Zdzisława Mrugalskiego (mam egzemplarz z dedykacją). Było fajnie, choć oczywiście są rzeczy, które można było zrobić lepiej... ale zawsze można tak mówić "po" (prawda ta dotyczy nawet seksu :))

Na spotkaniu można było blisko, naprawdę blisko obcować z zegarkami, normalnie będącymi poza zasięgiem zwykłego śmiertelnika. Taki bliski kontakt, nawiązałem m.in. z zegarkiem Parmigiani 1-1-5. Był raz sobie niejaki Tilli Antonelli. Lubił jachty. Nie jakieś zwykłe łódki, ale Jachty, przez duże J. Lubił je tak bardzo, że postanowił je produkować. Postanowienie zrealizował i robi to od 1981 roku. Coraz bardziej wypasione, coraz bardziej ekskluzywne. Jego najbardziej ekskluzywnym jachtem jest stu piętnastostopowy Pershing 115.

Gdy Antonelli bawił się we Włoszech, w Szwajcarii swoją pasję rozwijał Michel Parmigiani. Było to zegarmistrzostwo. Po prostu, są ludzie, którzy uwielbiają dłubać w mechanizmach precyzyjnych. Zboczenie takie. Parmigiani najbardziej lubił dłubać w mechanizmach, które nie chciały działać i dłubał dopóki nie zaczęły. Szybko zyskał sławę człowieka, który potrafi naprawić czasomierze nienaprawialne. Michel nie chciał jednak na tym poprzestać. Zaczął sam konstruować złożone mechanizmy, wymyślać nowe rozwiązania, wdrażane później do produkcji, aż w końcu w 1996 roku, przy wsparciu rodziny Sandoz, otworzył własną manufakturę Parmigiani Mesure et Art du Temps, która rozpoczęła produkcję zegarków najwyższej klasy (oczywiście w krótkich seriach). W ofercie zaprakło jednak czasomierzy o wybitnie sportowym charakterze i dlatego w tym roku, Parmigiani i Pershing zawiązały współpracę, której owocem jest zegarek Parmigiani Pershing 1-1-5 (cena wersji w różowym złocie: prawie 55 000CHF). Jaki to owoc, widać na zdjęciach i chociaż nie „kręcą” mnie zegarki sportowe (wolę surową klasykę) to jednak muszę przyznać, że ten zegarek ma w sobie „coś”.

A dlaczego piszę tego posta? Oczywiście, żeby się pochwalić. I tak nie kupię tego zegarka, nawet gdybym pływał w oceanie gotówki. To nie mój styl. Natomiast z miłą chęcią reflektował bym, na te oto rękodzieło, wprost z Glashütte (Saksonia), Panotourbillon XL. O cenie nie będę nawet wspominał.

O czasie można powiedzieć jedno. Każda sekunda zbliża nas do grobu, ale jak piękne są urządzenia do pomiaru tego procesu...

piątek, 23 maja 2008

Trzy lwy na tarczy

dwa srają...
... a jeden warczy

Andrzej Sapkowski "Saga o Wiedźminie"

Stephen Mull [czyta się: Muł?:)], który z ramienia rządu USA negocjuje z polskim rządem warunki budowy tarczy antyrakietowej, postanowił dać ostrego kopa naszym założeniom negocjacyjnym w wywiadzie dla Agencji Reutera. Raczył on powiedzieć: "Oni mają wielkie marzenia, jeśli chodzi o to, czego chcą. Ale to Polska będzie musiała zapłacić za większość działań modernizacyjnych, jakie przewiduje. Ważne jest nie tyle, by przybyć tam z wszystkimi tymi drogimi, nowoczesnymi rzeczami, ile realnie zapewnić rozsądne wykorzystanie tych środków, które mają. A mają oni bardzo ograniczoną ilość dolarów do wydania na obronę". Swoją drogą, cóż za szczęście, że mamy ograniczoną ilość gównianej waluty, jaką jest dolar. W końcu, już nawet amerykańscy gangsta-raperzy w swoich teledyskach pokazują walizki euro, a nie swojej, ostatnio dość żałosnej waluty.

Z wypowiedzi Mulla wynika, że Amerykanie spodziewali się pełnej uległości Polski w sprawie tarczy(i srodze się zawiedli). Nic dziwnego. Zarówno Pan Prezydent Profesor Lech Kaczyński, jak i poprzedni rząd, firmowany przez braciszka PPP zachowywali się dotąd tak jakby zrobienie dobrze USA było ich dziejową misją a na tarczę powinniśmy się zgodzić bez żadnej dyskusji, choćby i za dopłatą. Pan Prezydent zdania nie zmienił. Już zdążył wyrazić pogląd, że polskie oczekiwania powinny być realistyczne (czyli żadne). Dokładny cytat: "
Dobrze by było, gdyby te rokowania zakończyły się sukcesem. Natomiast oczekiwania ze strony polskiej są dobre, dopóki są realne". Jak zwykle, Kaczyński rządowi nie pomaga, ale sprawa jest poważniejsza, bo takie teksty osłabiają polską pozycję negocjacyjną, a Amerykanie mogą nie wiedzieć, że Pan Prezydent (i jego brat też) często nie wiedzą co mówią. Inna sprawa, że twardymi zwolennikami "szczególnej" pozycji pozycji wobec USA jest też PiS. Pamiętacie wypowiedź jakiegoś, nie pamiętam jakiego (Putry chyba), PiSmakera, który wyjazd Sikorskiego do USA "po miliard dolków" nazwał dziadowaniem? Zgodnie z taką logiką rozmowy z USA powinny być prowadzone "na kolanach". Tylko, że trudno to nazwać negocjacjami, ale też do takich rozmów rząd USA był przyzwyczajony. Wieloletnia asymetria w stosunkach dyplomatycznych z USA objawia się w np. zakupie ciągle psujących się F-16 (mimo że były inne ciekawe oferty takie jak, Eurofighter czy Gripen), cyrku z wizami czy, w końcu, bezwolnym udziałem w agresji (przyjemnie, że dla odmiany, byliśmy agresorami) i okupacji (i w końcu okupowaliśmy, a nie nas okupowano) Iraku. A miało być tak pięknie: nasze złoża ropy, kontrakty na odbudowę... Wyszło jak zwykle.

Mull w jednym ma rację. Nasze środki na modernizację armii są ograniczone. W związku z tym, jeśli nasz "najlepszy" sojusznik nam nie pomoże, może powinniśmy poszukać tańszej oferty (rosyjskie zestawy S-300 są przecież całkiem dobre. A Patrioty... Te, ulokowane w Izraelu, podczas "Pustynnej Burzy" dały ciała. Scudy miały tendencję do rozpieprzania się, w końcowej fazie lotu, w chmurę złomu a Patrioty zazwyczaj trafiały w największy cel: zbiornik paliwa, podczas, gdy głowica bojowa dalej leciała do celu).

Zupełnie inną sprawą jest to, że przeznaczeniem tarczy antyrakietowej jest ochrona terytorium Stanów Zjednoczonych. Zapis, przyjęty na szczycie NATO, mówiący, że tarcza służy bezpieczeństwu całego sojuszu jest tylko wybiegiem mającym ugłaskać, dotychczas tarczy niechętne, kraje Europy. Jaki interes z tarczy może mieć Polska? Zagrożenie atakiem rakietowym ze strony państw "osi zła" jest praktycznie żadne, więc poziom bezpieczeństwa nie wzrósłby. Przeciwnie. Polska byłaby bardziej zagrożona, choćby atakiem terrorystycznym. Może się mylę, ale mam wrażenie, że zadaniem tarczy jest bardziej przeciwdziałanie ograniczonemu atakowi ze strony rakiet, startujących z europejskiej części Rosji (przeciwdziałanie zmasowanemu atakowi byłoby jak leczenie dżumy plastrem), takie rakiety mogłyby zostać przechwycone we wczesnej fazie lotu. Gdyby tak było, podbijałoby to stawkę, niepotrzebnie prowokując Rosję.

Można by jeszcze snuć różne dywagacje na temat "tak czy nie" dla Tarczy. Nie wyjaśniono bowiem społeczeństwu wielu aspektów ewentualnego funkcjonowania bazy, np. jaki będzie status bazy antyrakietowej (eksterytorialność?) i status personelu bazy wobec polskiego wymiaru sprawiedliwości.

Pa
nu Mułowi mogę powiedzieć na koniec tylko jedno. Milton Friedman powiedział: NIE MA DARMOWYCH OBIADÓW, więc jeśli Stany chcą w Polsce bazy, będą musiały za nią zapłacić. W przeciwnym razie...

piątek, 16 maja 2008

Magog cz. 2

On zaś odrzekł: Wyjdę i stanę się duchem kłamstwa w ustach wszystkich jego proroków. Wówczas rzekł: Możesz zwieść, to ci się uda. Idź i tak uczyń!
1 Krl 22:22, Biblia Tysiąclecia


Dłubię tego posta chyba już od tygodnia. Co za tym idzie jego poziom merytoryczny (o aktualności nie chcę nawet wspominać) sięgnął dna. Zdecydowałem jednak "puścić go w eter", żeby przypominał mi, że brak czasu nie usprawiedliwia niechlujstwa.


Dziennikarze z „Misji Specjalnej” (antyukładowy program z góry założoną tezą w „publicznej”) postanowili looknąć, co tam się wyrabia u Bączka. Cynk dał Macierewicz. Weszli sobie przez garaż i gdy już nadziali się na funkcjonariuszy ABW… jakież zdziwienie ich spotkało. „Spece” nie padli przed nimi na twarz, urzeczeni potęgą redaktorów (pamiętacie scenę z "Alternatywy 4", kiedy Cichocki przyprowadza do prezesa spółdzielni "ekipę telewizyjną"?), tylko potraktowali jak intruzów, strzelili osobistą, dotykając nawet w „miejscach intymnych”. Cóż, za upokorzenie (a raczej byłoby to upokorzenie, gdyby w miejscach intymnych wykryto bieliznę "drugiej świerzości). Widocznie takie mniemanie o swojej potędze O aspektach kontroli osobistej zdarzyło mi się już pisać, więc mniemam, że funkcjonariusze chcieli sprawdzić, czy „panowie z TV” nie przytulili do siebie czegoś, co funkcjonariusze podczas tej rewizji szukali. Nieważne… Nawet jeśli przeszukano ich, bo chciano im dać nauczkę za wpieprzanie się w „czynności”, to i tak funkcjonariusze są czyści. Policjant ma prawo dokonać kontroli osobistej, „w razie istnienia uzasadnionego podejrzenia popełnienia przez osobę poddawaną kontroli czynu zabronionego pod groźbą kary, gdy kontrola ma na celu zabezpieczenie lub ujawnienie dowodów albo rzeczy mających związek z realizacją czynu zabronionego”. Zakładam, że uprawnienia ABW są podobne, więc wszystko jest w tym temacie jasne. Gdyby ekipa telewizyjna czekała grzecznie przed posesją, aż będą kogoś skutego wyprowadzać, nikt by się do nich nie przeczepił. Ponieważ szwendali się po przeszukiwanym domu, skończyło się tak a nie inaczej. Nic nadzwyczajnego.

Troszeczkę później, miałem okazję oglądać Urbańskiego z gospodarską wizytą u Lisa. "Ponton" brzęczał, brzęczał... tak jakby był apolitycznym fachowcem a nie pisowskim spadochroniarzem, który na Woronicza wylądował prosto z Pałacu. Najciekawszy był jednak tekst, że gdyby "Dwójka" stała się programem "misyjnym", zniknie z niego "M jak miłość" a on wtedy przed emisją puszczałby komunikat informujący, że z winy premiera Tuska i PO "pozostało 20, 19, 18... dni do końca emisji serialu". "I co na to 9 milionów widzów?" - zapytał z jowialnym uśmiechem. Jako widz, odpowiem: "Gówno". Jeśli serial finansują reklamodawcy, wara od mojego "abonamentu". Dla milionów ten serial może być wydarzeniem kulturalnym, godnym finansowania z ich abonamentu, ale dla mnie... Nie interesuje mnie jakoś życie jakiś fikcyjnych plastusiów, mam swoje własne. Ciekawsze...
Na koniec... posełek PiS Joachim Brudziński nazwał Tuska "Słońcem Peru". Brudziński powinien, wobec tego, jak najczęściej przebywać na słońcu. Słońce jest potrzebne do wytwarzania witaminy D, której skutki niedoboru są poważne. Niedobór może spowodować wypadanie zębów i rozmiękczenie kości. Poseł Brudziński dużo szczeka a mało gryzie, więc pierwszy skutek już nastąpił. Drugie jest rozmiękczenie kości. Pośle Brudziński, proszę jak najszybciej skontaktować się z premierem i umówić na naświetlania. Dodam tylko na koniec... jeśli wyliczacie, ile kosztowała podróż Tuska, może też pochwalicie się , ile kosztowała ochrona BOR mamy Kaczyńskiego i jego loty do Juraty...

środa, 14 maja 2008

Zmiana

Napisałem kiedyś posta "Nihil est tam angusti animi quam amare divitias" o bezduszności Narodowego Funduszu Zdrowia, przejawiającej się w "oszczędzaniu" na leczeniu dzieci. Dużą część tekstu poświęciłem olewaniu chorych na wrodzone pęcherzowe oddzielanie się naskórka (EB - Epidermolysis Bullosa). Ministerstwo Zdrowia odmawiało wpisania tej przewlekłej choroby na listę chorób przewlekłych, co spowodowałoby refundację niezbędnych chorym leków i środków opatrunkowych. Pomoc obiecywała Kaczyńska, obiecywał Piecha (ten od spotkań z lobbystami w kawiarni), przed wyborami obiecywał PiS. Jak zwykle sprawę załatwiła osoba, która nie obiecywała.

Dziś w "Wydarzeniach" usłyszałem, że Pani Minister Zdrowia Ewa Kopacz zadecydowała o refundacji chorym na EB niezbędnych środków. Chwała jej za to. Ponad to zadeklarowała, że państwo będzie finansować choroby rzadkie. I w tym, moim zdaniem, najpełniej objawia się rola władzy państwowej (takiej przyjaznej obywatelowi). Nie w pościgu za imperium zła WSI, mitycznym układem czy złowrogimi oligarchami. Nie w pokazowych aresztowaniach o szóstej rano, nie w szczoteczce do zębów jakiegoś Bączka. Jestem przekonany, że mój pościk sprzed pół roku nie miał nic wspólnego z dzisiejszą decyzją Pani Minister (gdybym sądził inaczej, byłbym megalomanem). Zadziałał zapewne upór rodziców, walczących o leczenie dla swoich dzieci.. Ale i tak miło...

Platforma Obywatelska unika ryzykownych zagrań, mogących spowodować spadek społecznego zaufania. Nic dziwnego... Gra na prezydenturę Tuska. Z tego powodu, przed wyborami (dopóki nie zmieni się lokator Pałacu Prezydenckiego) nie spodziewam się raczej radykalnych, liberalnych przemian, ale zmianę na lepsze widać już teraz... Zmianę cichą, nierzucającą się w oczy. Zmianę stylu...
... zmianę widać też w tym, że własnie w tej chwili (21:00) Polsat puścił komedię romantyczną o miłości licealisty i gwiazdki porno ("Dziewczyna z sąsiedztwa" - polecam!). W epoce Kruk w KRRiT, kara byłaby nieuchronna. A teraz... jakoś normalniej...

poniedziałek, 12 maja 2008

Magog cz.1

Na Blogu Taktycznym obiecałem, że napiszę coś w piątek. Niestety… wysypał mi się system. Przeinstalowanie, ponowna instalacja mnóstwa „niezbędnych” programów, wtyczek do Firefoxa i Thunderbirda, wiele innych pobocznych działań zajęła mi całe weekendowe wieczory. Dodam, że bez Gogle Sync. Tool byłoby dużo gorzej. Hasła, zakładki, historia… ominęła mnie wątpliwa przyjemność odzyskiwania. Dziękuje Ci Google :)

Skoro już mam czas i możliwości pisania, chciałbym skomentować toczącą się cały tydzień dyskusję na temat zniesienia abonamentu telewizyjnego. Gardłowali w Sejmie, gardłowali w mediach, w swojej sprawie zabrała też głos publiczna emitując spotkanie jakiś tam twórców z prezydentem. Twórcy, jak jeden mąż, sprzeciwiali się oczywiście likwidacji abonamentu, ponieważ gwarantuje on realizację misji telewizji publicznej. Pytam: Jakiej misji? Czy realizacją misji telewizji publicznej jest uszczęśliwianie widzów „gwiazdami” tańczącymi na lodzie? W najlepszym czasie antenowym, w piątek przez trzy (!) godziny. Przełączam na „Dwójkę”: Doda… kiedy indziej: znów Doda…Doda, Doda, ciągle Doda. Może i ten program ma dużą oglądalność, ale czy na takie cele powinien być przeznaczany abonament? Czy widzowie płacąc abonament, powinni w zamian otrzymywać próbkę wysokiej lotów kultury w stylu „umyj tyłek, zanim usiądziesz”. Natomiast programy kulturalne puszczane są w czasie, gdy na chodzie są już tylko imprezowe niedobitki. Moim zdaniem telewizja publiczna powinna być albo finansowana z abonamentu i budżetu państwa, albo tylko z reklam.
W pierwszym przypadku powinna zająć się przekazem informacji, emisją programów prawdziwie misyjnych i filmów ze swoich przepastnych archiwów. Taka telewizja nie mogłaby być nastawiona na komercję i nie oglądalność powinna być jej celem. To, że mało kto by ją oglądał jest rzeczą bez znaczenia.
W drugim przypadku, telewizja publiczna byłaby po prostu telewizją komercyjną, stanowiącą własność Skarbu Państwa i mającą na celu generowanie zysków. W takiej telewizji na kulturę zabrakłoby miejsca, ale widzowie bez przeszkód mogliby obcować z „gwiazdami”, patrzeć jak dla kasy ktoś pożera żywe robaki czy krowie odbyty, czy być świadkiem, jak robi się „gwiazdkę” z kogoś, kogo jedyną pretensją do „wielkości” jest nazwisko (,ale o tym później).
Zamiast tego mamy jakieś przedziwne połączenie. Komercja? Jak najbardziej, ale abonament i tak Ci wyszarpniemy. Dla publicznej TV to sytuacja bardzo wygodna. Przerośnięty personalnie moloch, w znacznej mierze, poza obiektywną kontrolą. Ekipa telewizji prywatnej to zazwyczaj reporter i kamerzysta. A w „publicznej”… cały squad, łącznie z panem do trzymania ekranu (takie białe na kiju)… Ktoś musi przecież tę kasę łykać... :)

środa, 30 kwietnia 2008

Requiem

Dies irae, dies illa
solvet saeclum in favilla,
teste David cum Sibylla.
Quantus tremor est futurus,
quando iudex est venturus
cuncta stricte discussurus.
Dzień ów gniewu się nachyla,
gdy w proch wieki zmiecie chwila,
świadkiem Dawid i Sybilla.
Będzie strach tam, będzie drżenie,
przyjdzie sędzia sądzić ziemię
a roztrząsać wszystko wiernie.

Kilka kobiet dziennie, tysiące rocznie jest mordowanych za splamienie "honoru" rodziny. Wczoraj na Onecie przeczytałem, że jordański sąd skazał na sześć miesięcy więzienia ojca, który w obronie "honoru rodziny zabił swoją 16-letnią córkę. Zresztą, "zabił" to w tym przypadku stanowczo zbyt łagodne określenie. Zakatował, zakatował z nieludzkim okrucieństwem, wydaje się określeniem bardziej adekwatnym na zmasakrowanie własnej córki pałką a następnie śmiertelne porażenie jej prądem. W Jordanii to już czwarta w tym roku ofiara tego typu "honorowych" zachowań. Na świecie są ich tysiące... coraz więcej w imigranckich środowiskach europejskich. W Europie, cywilizowanej i statecznej Europie, tak ceniącej indywidualną wolność jednostki, zdarzają się morderstwa z powodów tak błahych, jak zdjęcie hidżabu czy pójście na randkę. Morderstwa, których powodem nie są zasady religii (czytaj: islamu), ale prymitywne, plemienne zwyczaje, które przybysze przywieźli z sobą i jak widać, pieczołowicie kultywują. Jak to mówią: "Możesz wyciągnąć prymitywa z dżungli, ale nigdy nie wyciągniesz dżungli z prymitywa", czy jakoś tak... :) A ponieważ dzikusów w Europie przybywa... mówiąc "dzikusów", nie mam oczywiście na myśli rasy (bo rasistą nie jestem), ale poziom rozwoju kulturowo-cywilizacyjnego.

Wczoraj przeczytałem również ksiązkę Pawła Kempczyńskiego "Requiem dla Europy". Świetna lektura. Mocnymi atutami są sugestywny świat i wartka akcja. Na portalu Paradoksl znalazłem bardzo dobrą recenzję tej powieści, autorstwa Krzysztofa Księskiego. Pozwolę sobie zacytowac fragment:
"Powieść bowiem jest prawicową dystopią. Przedstawieniem ponurej wizji przyszłości Europy, zmienionej pod wpływem prądów myślowych wyraźnie dostrzegalnych we współczesnym świecie. Dominują z jednej strony feminizm i skrajny relatywizm kulturowy wpadający w permisywizm, a z drugiej islamizm oraz społeczny (bo w zasadzie nie prawny) rasizm wobec białej rasy, chrześcijaństwa i płci męskiej. Homoseksualizm jest nie tylko akceptowany, ale nawet uprzywilejowany w porównaniu z heteroseksualizmem. Biali mężczyźni zostają powszechnie umieszczeni w obozach resocjalizacyjnych, gdzie mają odpokutować za wieki prześladowań, jakie z ich strony spotkały kobiety i inne kultury oraz nauczyć się życia w urządzonym na nowo społeczeństwie miłości i tolerancji. Zjednoczoną Europą - kieruje Wielka Matka - pani prezydent. Władzę sprawują wyłącznie kobiety. To państwo totalitarne, pełne dysproporcji majątkowych, niesprawiedliwości społecznej i braku konsekwencji na każdym kroku. Zaś władza sądownicza sprawowana jest nie w oparciu o zasadę terytorialności prawa, ale osobowości prawa. Skutkiem tego ludność napływowa z Afryki i Azji - stanowiąca większość społeczeństwa futurystycznej Europy, jest sądzona według swoich praw, często zwyczajowych, nie zmieniających się przez wieki, które moglibyśmy z naszej perpektywy określić prymitywnymi."

Brzmi znajomo....?
Zachęcam do przeczytania "Requiem dla Europy".

niedziela, 27 kwietnia 2008

Zdążyć...


W środę, 30 kwietnia mija termin składania PIT-ów. Jak zwykle, większość z nas odkłada tą czynność na ostatnią chwilę. Nic dziwnego. Niechętnie rozstajemy się z naszymi ciężko zarobionymi pieniędzmi, szczególnie jeśli mamy świadomość, że lwia część owego przymusowej daniny zostanie roztrwoniona. Jednak mamy pewien wpływ na to, co się stanie z z malutką częścią tej kwoty. Skorzystajmy z niej.
Ustawodawca dał podatnikom możliwość przekazania 1% należnego podatku na rzecz Organizacji Pożytku Publicznego. Pełną ich listę możemy znaleźć TU. Można też skorzystać z e specjalnej wyszukiwarki. Do PITa wpisujemy nazwę organizacji, numer KRS i kwotę... kilka pociągnięć pióra może naprawdę pomóc...
W zeszłym roku podatnicy przekazali na rzecz OPP 105.438.000 złotych. Suma wydawałoby się poważna, ale pochodząca zaledwie od 6,49% podatników. Oznacza to, że ponad 93% podatników nie chciało się poświęcić kilku chwil, aby pomóc innym. Cóż, może byli zdania, że urzędnicy lepiej spożytkują ich pieniądze. Może zniechęciła ich konieczność osobistego przelewu na rzecz wybranej organizacji... Teraz ta przeszkoda została zniesiona. Skarbówka sama dokona przelewu (ciekawe w jakim terminie...). Do nas należy tylko wypełnienie trzech małych rubryk. Warto to zrobić. Sam zastanawiałem się, jaką organizację wybrać. Najpierw zdecydowałem, że musi ona pomagać w leczeniu chorych dzieci. Było ich wiele. W końcu zdecydowałem się na wsparcie organizacji działającej na dużą skalę, mającą ogólnopolski zasięg i bardzo konkretne osiągnięcia.

Każdy ma prawo wybrać organizację, która realizuje bliskie mu cele. Oświatowe, bezpieczeństwa publicznego czy charytatywne. Ja chciałbym zasugerować Wam wybranie Fundacji Dzieciom "Zdążyć z Pomocą". Obecnie Fundacja otacza opieką ponad 5 tysięcy chorych dzieci. Finansuje kosztowne leczenia, prowadzi też na terenie całego kraju placówki lecznicze, opiekuńcze, hospicja... Misją Fundacji jest ratowanie zagrożonego życia dzieci, przywracanie im zdrowia, wspieranie ich edukacji, niesienie pomocy w trudnych warunkach materialnych. Uważam, że jest to idea warta wsparcia, warta naszej pomocy... dlatego wypełniając zeznanie podatkowe, wpiszmy w odpowiednią rubrykę:

Fundacja Dzieciom "Zdążyć z Pomocą"
ul. Łomiańska 5, 01-685 Warszawa

KRS 0000037904

Chore dzieci są najbardziej bezbronnymi istotami na świecie. Instytucja pomagająca chorym dzieciom zasługuje na nasze wsparcie. Jedną z najłatwiejszych form takiego wsparcia jest przekazanie 1% podatku. Tylko kilka pociągnięć pióra... Dlaczego więc tego nie zrobić?

Ponieważ nie jestem w żaden sposób związany z Fundacją, a ten post wynika tylko z chęci wsparcia jej działań, ważne jest, aby osoby, które zdecydują się na wsparcie Fundacji "Zdążyć z Pomocą" zweryfikowały podane przeze mnie informacje, na stronie Fundacji. Dzięki.

środa, 23 kwietnia 2008

Wesołek

Bardzo się raduje ojciec sprawiedliwego, a kto spłodził mądrego, weseli się z niego
Niech się tedy weseli ojciec twój, i matka twoja; i niech się rozraduje rodzicielka twoja
Synu mój! daj mi serce twoje, a oczy twoje niechaj strzegą dróg moich
Bo nierządnica jest dół głęboki, a cudza żona jest studnia ciasna
Ona też jako zbójca zasadzki czyni, a zuchwalców między ludźmi rozmnaża
Komu biada? Komu niestety? Komu zwady? Komu krzyk? Komu rany daremne? Komu zapalenie oczów?
Tym, którzy siadają na winie; tym, którzy chodzą, szukając przyprawnego wina
(Ks. Przysłów 23:24-30, Biblia Gdańska)


Thessaloniki; A.D. 390


Magister militum Amonianusz zjeżdżał ze wzgórz, od wschodu kierując się do płonącego miasta. Słupy dymu biły w bezchmurne niebo. Towarzyszyła mu jedynie niewielka grupa ochrony, pod dowództwem zaufanego dekuriona. Reszta sił interwencyjnych była już w mieście, wypełniając rozkaz Basileusa Flawiusza Teodozjusza, autokratora Cesarstwa Rzymskiego. Rozkaz dania nauczki miastu, które tak srodze obraziło Cesarza, w żywe oczy kpiąc z prawa, które w swej mądrości ustanowił. W pamięci Amonianusza wciąż jeszcze żywe były słowa Cesarza sprzed dziesięciu lat: "Winni oni spodziewać się przede wszystkim pomsty Bożej, a następnie naszej kary stosownie do decyzji, którą powzięliśmy z natchnienia niebieskiego". Niestety, Thessaloniczanie zatwardziali w swym grzechu, za nic je mieli, kontynuując praktyki tak bardzo Bogu niemiłe. Wcześniej Teodozjusz wydał prawo pod groźbą śmierci sodomii zakazujące, a oni śmiali się tylko i dalej łamali prawo boskie i cesarskie. Teraz już na pewno dwa razy pomyślą zanim ich zaswędzi - pomyślał Amonianusz wypatrując jakiś ognisk oporu. Nie widział nic. Wszystko wskazywało, że jego wojsko objęło już pełną kontrolę nad miastem, oddając się teraz typowo żołnierskim rozrywkom, obejmującym grabieże, mordy i gwałty. Niekoniecznie w tej kolejności. Magistra zirytowało tylko podpalanie domów, tak jakby zachodzące słońce dawało zbyt mało światła dla tych rozrywek. A może smakują one lepiej przy świetle pożarów... Nieważne..., miasto nie miało być zniszczone, było zbyt ważne strategicznie, aby przestało istnieć. No i oczywiście było też ważnym źródłem podatków, by zakończyć sprawę definitywnie: ludność obrócić w niewolników, miasto spalić. To nie zachwyciłoby cesarza. Amonianusz podejrzewał, że biskup Ambroży też nie byłby zadowolony. Miasto miało tylko otrzymać nauczkę za swe podłe czyny i tak właśnie się stanie.
Magister militum zastanawiał się, czy musiało do tego dojść. Widocznie musiało, skoro doszło. Sodomia i inne zboczenia kwitły, herezja szczerzyła kły. I tylko sprawiedliwe prawa Teodozjusza strzegły Jego umiłowany lud przed stoczeniem się w otchłań. Zbrodnicze lekceważenie owych praw wykazał cyrkowy woźnica Patroklos, jawnie kopulując z mężczyznami i młodymi chłopcami. W swym bezwstydzie zwykł publicznie pokazywać swą ohydę. Gdy zgrzeszył publicznie przy samej agorze, poprzedni dowódca wojsk prowincji, Buteryk, kazał go aresztować i przykładnie ukarać. I wtedy, ku zaskoczeniu wszystkich, skażeni grzechem mieszkańcy wszczęli tumult w obronie sodomity. W walkach Buteryk zginął, a zadaniem Amonianusza stało się pomszczenie tej śmierci, pomszczenie zniewagi, jakiej doznał cezar i sprawienie, aby wszyscy potencjalni wichrzyciele dwa razy zastanowili się zanim zaczną łamać prawo. I tak się stanie.
Zamyślony Amonianusz zauważył, że skraj miasta jest już o rzut oszczepem a on ciągle jeszcze nie wysłał posłańców, aby zakazali podpaleń i zorganizowali gaszenie już istniejących pożarów. Naprawił szybko ten błąd i znów powrócił do rozmyślań nad marnością natury ludzkiej. Wtem jego rozmyślania przerwał tętent galopującego konia. Obejrzał się przez ramię i dojrzał zbliżającego się posłańca. Ten wyhamował gwałtownie i krzyknął: Quo vadis, domine?
Do miasta - odpowiedział rzeczowo Amonianusz - Czego?
Panie, przywożę rozkaz. Na prośbę Ambrożego cesarz kazał oszczędzić miasto... - krzyknął przejęty posłaniec.
Nieprzejęty Amonianusz odpowiedział: Na to już trochę za późno.

Nicea, A.D. 2030


Człowiek, którego tożsamość znało tylko kilka osób na świecie, znany w nielicznych kręgach jako "Wesołek", a opinii publicznej znany, głównie za sprawą swoich dzieł, jako "Wesoły Terrorysta", siedział w niewielkiej kafejce, sącząc poranne latte i leniwie spoglądając przez szybę. Po drugiej stronie ulicy widział front centrum hotelowo-konferencyjnego, złożonego z trzech skrzydeł budynku i baner umieszczony nad wejściem. Napis głosił: "Światowy Zlot Feministek. Precz z szowinistycznymi świniami. Stop fanatykom". -Dość jasna deklaracja idei - pomyślał Wesołek - Jak, kurwa, w "Seksmisji"
Lubił ten film. Bardziej niż komedię, postrzegał go jako trafne studium feminizmu. - Chłopa wam potrzeba, takiego, który przeheblowałby was porządnie - uśmiechnął się do swoich myśli - Ciekawe, dlaczego feministkami zostają tylko same brzydkie, i nie chodzi tylko o wygląd. Ale chyba już czas... -
Spojrzał na ulubiony czasomierz marki Vacheron Constantin. Oceniał, że uczestniczki zjazdu były już po panelu o wiele mówiącej nazwie "Alternatywny model rodziny 8+3 jako źródło społecznej siły" i udawały się teraz do restauracji na obiad. Czas zaczynać. Z kieszeni marynarki wyjął fiolkę i z uwagą przeczytał mikroskopijnych rozmiarów napis. "Stężone feromony. Przestrzegać maksymalnej dawki". Skrzywił się z niesmakiem (wolał ufać naturalnemu czarowi) i odłożył fiolkę do popielniczki. Znajdzie ją młody, pryszczaty kelner i jak podejrzewał, wykorzysta odpowiednio, do likwidacji trądziku.
Wesołek poprawił mankiety koszuli, machinalnie sprawdził złote spinki Montblanc, otrzepał niewidzialny pyłek z rękawa garniaka za 2000 euro i wyszedł na słoneczną ulicę.

Wesołek opuścił hotelowy pokój. Zanim zamknął drzwi zatrzymał go czuły głos - Spotkamy się jeszcze, misiu? -
- Lepszy miś od świni, ale... wątpię - z przekąsem opowiedział - Kup sobie masażera
Spojrzał na numer pokoju - 105 - z toaletą praktycznie zlokalizowaną na złączu dwóch skrzydeł budynku. - 205, 305, 405, 505, 605, potem 215 i tak dalej...- zwizualizował w pamięci plan - jeszcze dwa zrobię bez problemu, potem pozostanie zdać się na "niebieskie wspomaganie". Na końcu piwnica i piętro techniczne. Garaże zrobiłem dwa dni temu -
Wesołek dziarskim krokiem ruszył w kierunku schodów. - Przyda się mała rozgrzewka przed maratonem - mruknął do siebie.

Po wyjściu z 315 oparł się o ścianę, długo usiłując złapać oddech. W pokoju były dwie feministki, co oznaczało niezaplanowany wydatek energii. - Jeszcze, kurwa, trzy... Nie dam rady - zajęczał, usiłując nie poddać się panice - Muszę wytrzymać -
Wyjął z kieszeni małą tubkę, wycisnął na rękę zawartość i z westchnieniem ulgi włożył ją w spodnie. Po rozprowadzeniu lubryfikatora (z łagodzącym ekstraktem aloesu), wyjął małą fiolkę, wytrząsnął z niej dwie kapsułki. Po namyśle dodał jeszcze dwie. - Stymulanty to niebezpieczna zabawa - pomyślał spoglądając na zegarek - ale już piąta piętnaście i zostały trzy pokoje. Muszę wytrzymać. -
Apatycznym krokiem skierował się do windy...

O dziesiątej rano elegancko ubrany mężczyzna, jak zwykle od tygodnia, pił latte w tej samej co wczoraj kafejce. Widać było po nim krańcowe wyczerpanie. Po drugiej stronie ulicy miłe panie rozpoczynały właśnie dyskusję na temat "Samiec jako ewolucyjny ślepy zaułek". Słoneczko grzało, ptaszki śpiewały. Wesołek sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki. Wyjął pudełeczko z jednym, zabezpieczonym pleksiglasową osłoną, guziczkiem. Ręka ważyła chyba tonę, tracił też czucie na końcach palców. Niezgrabnie zdjął osłonę i cały czas patrząc na hotel, nacisnął guzik.
Ptaki zamilkły. Powierzchnia kawy w filiżance zafalowała. Dopiero po chwili do uszu Wesoła dobiegł pomruk. W budynku naprzeciwko z kilku okien, położonych na styku skrzydeł, posypała się kaskada szkła. Wydawało się przez moment, że to już koniec a potem... potem budynek zaczął się składać. Osiadające elementy, pociągały za sobą całą strukturę. Trwało to sekundy, ale Wesołkowi wydawały się całą wiecznością. - Dla nich w środku do cała wieczność - pomyślał filozoficznie.
Proces nabrał tempa, kiedy coraz więcej pięter znikało w podziemnym garażu. Wreszcie, w miejscu, gdzie przed chwilą stał kompleks widać było nieprzypominającą niczego hałdę. Wesołek włożył w rachunek kilka euro i wyszedł prosto w tłum gromadzący się tłum. Na wietrze tańczył pobrudzony pyłem baner. "Stop fanatykom" było w tym momencie ironicznym requiem dla feministek.

Katakumby opactwa, kilka dni później

Biskup szedł mrocznymi korytarzami, w których od wieków znajdowały swój wieczny spoczynek kości zamieszkujących opactwo braci. Tu zawsze czuł wszechogarniającą atmosferę mistyki, pogłębianą jeszcze przez zawiłą konstrukcję z kości i czaszek, jakimi były wyłożone ściany. - Postronnej osobie wydawałoby się to sceną jak z taniego horroru - pomyślał biskup - ale to ostateczne poddanie, bracia na wieki jednoczą się z klasztorem, gdzie spędzili swe życie -
Jak zwykle nie usłyszał go, poczuł tylko obecność u swego boku. - Synu. Czytałem gazety. Dobra robota - cichym głosem, aby nie zakłócać spokoju zmarłych, powiedział biskup.
- Dziękuję, Ojcze. Nawet nie wiesz, ile mnie to kosztowało - równie cicho odpowiedział Wesołek. Biskup był jednym z tych nielicznych, którzy wiedzieli kim jest. Ponadto, pochodził z Polski jak on.
- Twoje koszty materialne zostaną z naddatkiem wyrównane. Inne zostaną Ci wynagrodzone w życiu przyszłym. Ważne, że z pomocą Świętego Jana Pawła Wielkiego, zdeptałeś węża. - Biskup wyjął z kieszeni cedrowe pudełeczko. - Synu... to Equester Ordo Sancti Silvestri Papae, Order Świętego Sylwestra... i Jego Świętobliwość przyznał go tobie za zasługi na rzecz pontyfikatu. Od tej pory jesteś szlachcicem i rycerzem - w pudełeczku lśnił niesamowitym blaskiem złoty maltański krzyż.
- No, no, to się znajomi zdziwią - powiedział z uśmiechem Terrorysta, biorąc pudełko i podnosząc je do oczu - niezłe cacko. Mogę go nosić na szyi, eminencjo?
Nie. Trafi do szuflady. Mojej, chcę podkreślić - biskup, odebrał Wesołkowi pudełko - niech ci wystarczy świadomość zaszczytu. I honoru jaki stał się twoim udziałem. Od dziś jesteś członkiem Zakonu. Odpust za akcję też oczywiście dostałeś -
Przez chwilę szli w milczeniu. Biskup odezwał się pierwszy: - Swoją drogą, szkoda, że zginęły w stanie grzechu . Nie miały szansy oczyścić swoich dusz... Spowiedź, spowiedź by je oczyściła...
Wesołek z sardonicznym uśmiechem spojrzał na biskupa: - Na to już trochę za późno.