wtorek, 26 lutego 2008

Uznanie pseudopaństwa

Rząd Rzeczypospolitej Polskiej uznał dziś niepodległość Kosowa. Temat ten podjął dziś Slawkas w notce "Polski rząd jątrzy na Bałkanach", ja chciałbym dorzucić tylko kilka słów.

Rząd uznając niepodległość Kosowa uznał "czarną dziurę" na mapie Europy. Pozbawioną prawdziwych struktur państwowych, systemu prawnego, infrastruktury i przemysłu. Uznał kraj pławiący się w bezrobociu i przestępczości. Więcej nawet, kraj będący ostoją, twierdzą i domem albańskiej przestępczości zorganizowanej, która mając ponoć "dziwne powiązania" z ojcami-założycielami z UCK, uczyniła Kosowo głównym kanałem przerzutowym narkotyków do Europy Zachodniej.

Definicję "państwa" możemy znaleźć w książce "Nauka o polityce" M. Gulczyńskiego (Wyd. Druktur, Warszawa 2007):
"Państwo jest przymusową organizacją, wyposażoną w atrybuty władzy zwierzchniej po to, by ochraniać przed zagrożeniami zewnętrznymi i wewnętrznymi ład, zapewniający zasiedlającej jego terytorium społeczności, składającej się ze współzależnych grup o zróżnicowanych interesach, warunki egzystencji korzystne odpowiednio do siły ich ekonomicznej pozycji i politycznych wpływów."
Czy Kosowo spełnia warunki państwowości wyrażone w tej definicji!!! NIE!

- Kosowo nie jest w stanie ochraniać przed zagrożeniami wewnętrznymi i zewnętrznymi
- Kosowo nie jest suwerenne, jego byt zależy w całości od pomocy międzynarodowej, gdyby ją wstrzymać natychmiast "zdechnie"
- zgodnie z prawem międzynarodowym Kosowo jest protektoratem ONZ, pozostającym częścią Serbii (rezolucja ONZ gwarantowała Serbii poszanowanie integralności terytorialnej)
- nieuprawniony jest pogląd, że niepodległość jest wynikiem emancypacji zamieszkującego terytorium Kosowa narodu. Nie ma narodu Kosowarów; nie istnieje. Są tylko obywatele serbscy narodowości albańskiej. Albańczycy mają już swoje państwo narodowe - nazywa się Albania.

Kosowo odbije się jeszcze dużą czkawką Europie i Światu. Bezpośrednio jako źródło bezprawia, zakazanych środków psychoaktywnych i etnicznych prześladowań. Pośrednio jako przykład dla innych separatystów i kość niezgody między Rosją i Serbią a uznającą Kosowo resztą (pod przewodnictwem USA). A co z Polską.? Cóż, jak uznaliśmy to będziemy musieli pomagać, chyba...

poniedziałek, 25 lutego 2008

Początek

"Początek to czas dla podjęcia najsubtelniejszych działań, by wszystko znajdowało się na swoim miejscu"
(Frank Herbert "Diuna")


Nie sposób nie zgodzić się z tą sentencją. Pokażcie mi chirurga, który przystępuje do operacji bez przygotowania lub przeprowadza ją bez planu. Nawet, przeprowadzając tracheotomię w sytuacji zagrożenia życia (lepiej tego nie robić amatorsko) należy określone czynności przeprowadzić w określonej kolejności i w określony sposób. W przeciwnym razie osoba, którą ratujemy nigdy nam nie podziękuje, nie będzie w stanie w stanie. O ile w ogóle przeżyje, raczej nic artykułowanego już od niej nie usłyszymy. Inną sprawą jest pewność, że wie się, co się robi, ma się wiedzę, wolę, predyspozycje niezbędne do realizacji zamierzeń. Niezależnie, czy mamy do czynienia właśnie z tracheotomią (aby nie była wyrafinowaną formą podcięcia komuś gardła), czy też z gotowaniem jajek (zapalenie zapalniczki nie jest ostatnią pozycją w algorytmie).
Tak czy inaczej, działania podjęte na początku w dużej mierze determinuje późniejszy przebieg procesu, aż do jego końca. Projekty spieprzone na początku, rzadko kończą się sukcesem.

Mija sto dni działalności rządu Premiera Donalda Tuska, który zastąpił na tym stanowisku Premiera Jarosława Kaczyńskiego. Sto dni dość obfitujące w wydarzenia. Sto dni można chyba nazwać początkiem... Jaki był to początek...? Jak go oceniać...?

Wydaje mi się, że na ocena zjawiska powinna nastąpić po jego zakończeniu, wedle zasady "po owocach ich poznacie". Cóż to jest 100 dni? Nic. W ciągu stu dni można ocenić tylko styl i ogólny kierunek rządzenia. Co do stylu, ludzie lubią Tuska nie za jego zalety, ale brak wad. Lubią go za to, że nie jest Kaczyńskim. Wielu wyborców oddało głos na PO tylko po to, by dorżnął watahę. Na tej zasadzie wzrost notowań rządu Tuska jest wprost proporcjonalny do oceny tego rządu przez braci mniejszych i ich akolitów. I tak, być powinno. Pomijam już fakt, że kampanie pisowskich spin-znachorów mogą trafiać do przekonania tylko tym, którzy i tak są żelaznym elektoratem PiS, czyli nie zmieniają nic w sferze przekonań.

Ciekawa notka w blogu "Mi to lotto"

Jeśli chodzi o strategię rządu Tuska, cóż, nie jest za specjalnie... Zaniechano podjęcia najbardziej drażliwych, drastycznych i niepopularnych reform. Niechęć ta jest oczywiście spowodowana troską o przyszłe wybory prezydenckie, które moim zdaniem wygra Donek. Choćby dlatego, że nie będzie żadnego liczącego się rywala. Jedyny, Lechujarek, odpadnie w momencie, gdy wzorem prezydenta Słowenii Janeza Drnovszeka (który 2 dni temu zmarł, niech spoczywa w spokoju) uda się do lasu zacznie żywić się korzonkami i rozmawiać ze zwierzyną. Lechujarka łączy z byłym prezydentem jeszcze jedno. Oceńcie sami:
"Mimo długiego doświadczenia politycznego, nigdy nie nawiązał bliskiego kontaktu ze społeczeństwem i zawsze zachowywał dystans. Pozbawiony charyzmy, wypadał słabo w wystąpieniach publicznych i na festynach."
To opinia Rzepy o byłym prezydencie Słowenii oczywiście, ale można się pomylić... Co do kondycji psychicznej... tajemnica "zimnego wychowu"...

Tusk może jeszcze osiągnąć sukces (czego wszyscy powinniśmy sobie życzyć, ze względów raczej oczywistych) i zrealizować swoje cele. Aby to zrobić, musi jedynie dokonać jednej tylko rzeczy: zacząć. Oglądając Chyżego Portiera (kłamię: nie oglądałem, nie czytałem) nauczyłem się, że żeby robić cuda, trzeba najpierw przynajmniej rękami pomachać. Niech Donek zacznie machać. Niech przeforsuje zmiany trudne, ale niezbędne zmiany systemowe.

Jedna rada: aby odwrócić uwagę społeczeństwa od trudnych reform, trzeba co tydzień odbierać immunitet i tymczasowo aresztować jednego pisowskiego polityka (sądy powinny się na to zgadzać, bo jak powiedział kiedyś Jaruś, sądy powinny się kierować w orzekaniu interesem narodowym, a to byłoby właśnie w tym interesie). Potem umieszczać ich razem z recydywą, w celach z kamerami i transmitować program "Nocne życie posła..." jako reality-show :)

niedziela, 24 lutego 2008

Da Vinci

Był sobie człowiek, którego nazwisko stało się symbolem potęgi ludzkiego rozumu. Tym człowiekiem był Leonardo Da Vinci. Manufaktura horologiczna IWC (International Watch Company) z Schaffhausen postanowiła uczcić prawdziwy geniusz tworząc zegarek wart miana "Da Vinci". Przy okazji uhonorowała też swojego wieloletniego (mówiąc wieloletniego, mam jakoś tak pół wieku) pracownika, jeden z filarów firmy. Mowa o Kurcie Klausie, legendzie w świecie zegarmistrzostwa. Miałem okazje zobaczyć go na spotkaniu klubowym w czerwcu 2007 roku. Jego wykład o mechanizmie wiecznego kalendarza (jego autorstwa) był, zaprawdę, niesamowity. Ale wracając do uhonorowania... wypuścili limitowaną serię "Da Vinci Kurt Klaus". Niesamowity gest, ale i niesamowity człowiek... A zegarek.............. Zobaczcie sami:

sobota, 23 lutego 2008

Seiko Black Monster






Te zdjęcia zachęciły Darka ("michas", mojego guru z Klubu: ) do zainteresowania się "Sejkaczami" Diverami.

Super sprawy od Darusza M.

Zacznę od długawego cytatu z Klubu Miłośników Zegarów i Zegarków:
"Na wstępie powiem że z racji wykonywanego zawodu jak również gustu na co dzień ubieram się raczej luźno.
Jedyne miejsce gdzie nie dali mi przymierzyć zegarka to taki mały sklepik na ul. Chmielnej w Warszawie. Generalnie prędzej spotykam się z brakiem doinformowania u sprzedawców niż z brakiem chęci do obsługi (niekiedy trzeba im po prostu się przypomnieć jak człowiek chce coś przymierzyć). Jeśli chodzi o zasób wiedzy to najgorzej wypadają tu salony Apartu (oprócz tego w ZT w Warszawie oczywiście). W Od czasu do czasu, Pracowni czasu człowieka od razu zauważą. W Kruku na pl. Konstytucji sprzedawca tak się ze mną zagadał że klientowi który od razu powiedział że chce super wypas Omegę grzecznie kazał zaczekać.
Dzisiaj złożyłem pierwszą wizytę na pl. Piłsudskiego w sklepie z zegarkami Panerai. Sprzedawcy od razu się mną zainteresowali. Nie byłem ubrany w garnitur więc pomyślałem że chcą mnie może "przypilnować". Okazali się bardzo mili. Pani sprzedawczyni starała się odpowiedzieć na wszystkie pytania. Jak czegoś nie wiedziała to mówiła że przykro jej ale nie wie a nie czytała w kółko te same informacje z katalogu. Pan sprzedawca sam otworzył gablotę i wręczył do ręki interesujący mnie model. Jak powiedziałem że nie kupię tylko oglądam to odparł żebym sobie usiadł i spokojnie oglądał. W pracowni czasu również super podejście-godzinna pogawędka o Vulkanie. Podsumowując - gabloty z zegarkami otwierają się prawie same na hasło Klub Miłośników Zegarów i Zegarków. Może traktują nas wtedy trochę jako niegroźnych maniaków ale to przecież prawda :) ."

Znam człowieka, nawet teraz z Nim wódkę piję. On mnie zaraził horologią ze wszystkimi jej niuansami. Właśnie u "Kruka" pierwszy raz zobaczyłem Omegę PO (pozdrawiam sprzedawcę). Właśnie Darek zwrócił moją uwagę na "cegiełkę" Seiko Black Monster", który jest wyczesanym zegarkiem dla
każdego, który oprócz wodoodporności 200m, preferuje również super ciężki zegarek do obrony koniecznie (wybicia komuś zębów). Fakt faktem Darkowi (michas) spodobał się Seiko, Panerai też, chociaż osobiście żadne zegarki "Officine Panerai" nie bardzo mnie się podobają. Ale wszystko kwestią gustu. A psom zawsze szczekać dozwolone. Więc ja nie nie polecam........, ale innych od Panerai nie odwodzę.
P.S. Darkowi wydaje się, że w realu wyglądają (Paneraie) znacznie gorzej, niż na zdjęciach.

czwartek, 21 lutego 2008

Nieśmiertelny Lambert

Dziś w nocy (to znaczy 20/21.02) miałem okazję przyglądać się mistrzowi przy pracy. A może nawet mistrzom. Ale od początku...
Jakiś czas temu rozpoczęły się w Warszawie zdjęcia do filmu, będącego koprodukcją amerykańsko-polską, noszącego roboczy tytuł "Limo Driver" czyli po naszemu "Kierowca".

Film ma być intrygującym thrillerem, którego akcja toczy się w ciągu jednej nocy w Warszawie. W rzeczywistości jest bardzo, bardzo wiele "nocy zdjęciowych" (z których jedna miała miejsce w i przy Hotelu MDM na Placu Konstytucji). Francuz poznaje Polkę, zakochuje się a potem jej szuka, śmigając po Warszawie i poznając jej uroki. I tyle, mniej więcej, moge napisać o fabule. Więcej na pewno do znalezienia w sieci. Ważne jest to, że polskie kino zaczyna równać w górę, współtworząc przynajmniej kino na światowym poziomie.

Gwiazdą tego filmu jest Christopher Lambert (jeden z moich ulubionych aktorów), znany nie tylko z roli Connora MacLeod, ale też Brennicka z "Fortecy", księdza z "Zabić księdza" czy szachisty w "Knight Moves". Jego filmografia na tym się nie kończy i jest tak imponująca, że uprawnione jest twierdzenie, że Christopher Lambert zrobił więcej filmów, niż poseł Gosiewski powiedział mądrych rzeczy w całej swojej "karierze". Lambert jest również właścicielem winnicy, w której produkuje wino marki "Les Garrigues de Beaumard-Lambert" (w odróżnieniu od produkcji Palikota, nie jest to "bełt").
Lambertowi partnerują w tym filmie Agnieszka Grochowska, Magda Mielcarz, Anna Przybylska, Piotr Adamczyk, Adam Ferency i inni. Reżyserem i autorem scenariusza jest Jerome Dassier, a za stronę wizualną odpowiada Bill Butler. I w tym miejscu wypada pochylić na postacią Wilmera Butlera, 78-letnią legendą kina. Zrobił zdjęcia do kilkudziesięciu filmów, w tej liczbie na uwagę zasługują: Lot nad kukułczym gniazdem, Grease, Rocky 2-4, Omen 2, Hot Shots, Clive Barker's "The Plague"... i wiele, wiele innych przez ostatnie 50 lat. Zmontował też kultowy film Stanleya Kubricka "Mechaniczna Pomarańcza" z Malcolmem McDowellem w roli głównej.

Musze przyznać, że pierwszy raz miałem kontakt, choć bardzo powierzchowny, z kinem na światowym poziomie i wywarło to na mnie duże wrażenie. Najpierw przyjazd ekip technicznych... i wszystko zaczęło przypominać, jeśli wolno mi użyć cytatu z Sapka, "burdel ogarnięty pożarem". Jednak w szybkim tempie, porządek zawładnął chaosem i do przyjazdu gwiazdy, całość zaczęła jakoś funkcjonować. Przybył aktor i zaczęło się... duble, duble, duble. Ktoś tam widać dążył do perfekcji. Fajnie było obserwować pełny profesjonalizm Lamberta, który ze stoickim spokojem powtarzał, powtarzał... Poza kadrem zachowywał się najzupełniej naturalnie i normalnie, ot, zwykły facet wśród zwykłych ludzi, nie to co wiele z naszych rodzimych gwiazd i gwiazdek. Określanych ostatnio mianem "celebrytów" - mnie to się kojarzy z "cenobitami" z filmu Hellraiser. Kojarzycie??? np. taki kolo z czaszką nabijaną gwoździami, zresztą, kto wie... jak ktoś tatuuje sobie na przedramieniu napis po aramejsku (czy hebrajsku, nie wiem, nie wazne) z błędami a poza tym zaklina się, że biust jej urósł o trzy rozmiary w miesiąc, na skutek normalnych procesów dojrzewania, może sobie w przyszłości nawet gwoździe w banię powbijać, dla zachowania popularności. Ale dość o tym. Nie chce pisać o bezmózgowych beztalenciach, więc wrócę do głównego wątku...
... kiedy już horda ogarniętych szałem tworzenia filmowców skończyła pracę, zwinęła majdan i udała się na odpoczynek do swych leż. Przed nimi kolejna pracowita noc (i jeszcze wiele następnych).

Wszystkim osobom zaangażowanym w tworzenie "Limo Drivera" życzę:
POWODZENIA

Panu Piotrowi Adamczykowi (którego na planie nie było) życzę ponadto, aby w odróżnieniu od "Testosteronu", nosił w tym filmie zegarek będący produktem orginalnym.

niedziela, 17 lutego 2008

Krok w stronę "Wielkiej Albanii"

Dziś ma miejsce pierwszy krok w stronę naruszenia integralności terytorialnej Serbii, czyli proklamowanie niepodległości przez serbską prowincję Kosowo, znajdującą się od 1999 roku pod protektoratem ONZ na skutek "humanitarnych bombardowań" przeprowadzonych przez NATO.
Zgodnie z prawem międzynarodowym Kosowo jest formalnie częścią Serbii, choć Serbów zostało tam niezbyt wielu (około 15%), przy czym przebywają oni głównie w swoich enklawach, pod ochroną KFOR. Byłoby ich znacznie więcej, gdyby nie to, że domem dla wielu dawnych mieszańców Kosowa są teraz wygodne pudła pod belgradzkimi mostami. Ich kosowskie domy stały się bowiem przedmiotem "redystrybucji dóbr" prowadzonej przez Albańczyków po interwencji NATO. NATO postąpiło zgodnie z maksymą Carla von Clausewitz'a mówiącą, że "wojna jest jedynie kontynuacją polityki innymi środkami", gdy nie doszło do zawarcia porozumienia z Rambouillet. Skutkiem tego NATO "wbombardowało" Serbię w epokę kamienia łupanego. Straty ekonomiczne na skutek totalnego zniszczenia infrastruktury szacowane są na około 30 miliardów dolarów. Powstrzymało jednak ofensywę serbskich sił bezpieczeństwa, która nastąpiła na skutek terrorystycznej działalności albańskich grup zbrojnych (np. UCK, z której wywodzi się obecny premier Kosowa, Hashim Thaci) i w której zginęły setki niewinnych cywilów. Serbowie dopuszczali się na terenie prowincji aktów ludobójstwa ale... po objęciu rządów w Kosowie przez siły międzynarodowe Albańczycy z wielkim entuzjazmem rozpoczęli czystki etniczne i mordy na Serbach. Stało się to w 1999 roku, powtórkę Albańczycy zrobili w 2004 roku. Zapewnienia Hashima Thaciego, że wygnanym Serbom nic nie grozi i mogą wracać, brzmią w tym momencie jak ponury żart.

Deklaracja niepodległości Kosowa to niebezpieczny precedens. Założenie, że sam fakt zadeklarowania niepodległości przez grupę narodowościową zamieszkującą określone terytorium, tworzy z tego terytorium oddzielne państwo, tworzy furtkę dla wszystkich separatystów marzących o własnej państwowości. Wyobrażam sobie reakcję rządu w Madrycie na ogłoszenie niepodległości przez Galicję (o Kraju Basków nie wspominając), albo Węgier w przypadku, gdyby tamtejsi Romowie chcieliby przyłączyć zamieszkałe przez siebie tereny do Rumunii.

Inną kwestią (być może najważniejszą) są związki dawnych terrorystów, później bojowników o wolność a teraz ojców-założycieli nowego "państwa" z albańską mafią. Może uprawniony byłby pogląd, że prawdziwymi ojcami nowego państwa są albańskie mafijne klany, wspierające logistycznie i finansowo pro-niepodległościowych polityków. Albańska mafia narobiła już dużego problemu we Włoszech, że nie wspomnę o własnym kraju. O ile Albania była nazywana "małą Kolumbią", to jak nazwać Wielką Albanię, która powstanie z faktycznego (choć może nie formalnego) połączenia Kosowa z "macierzą"? Mafijnym mocarstwem?

Co po Kosowie? Niepodległość dla niemieckich Turków!!!

środa, 13 lutego 2008

Tunel Lefortowo

Wszystkim tym, którzy w tym tunelu ujrzeli światełko...

wtorek, 12 lutego 2008

Draństwo

Roman J. poruszył w swoim blogu kwestię kradzieży wartości intelektualnych (treści) z naszych blogów. Cała notka tutaj. Proceder polega na kopiowaniu "na żywca" całych postów (często bez podania źródła), aby zapełnić treścią własną stronę i w ten sposób generować jakiś ruch na stronie. Temat pociągnął dalej Slawkas w poście: "Na pohybel blogożercom". Szczerze mówiąc, o ile prowadzenie bloga składającego się tylko z cudzych wpisów, ewentualnie z "surowych" cytatów z serwisów jest żałosne, to zamieszczenie tych cudzych wpisów jest draństwem. Rację mają koledzy, którzy postanowili zwrócić uwagę na tę patologię... i odpowiednio ją nazwali...

Chciałem jeszcze napisać, o mieszczącej się w temacie definiowanym przez tytuł, sprawie deportacji na Białoruś chorego na mukowiscydozę 10-miesięcznego Jasia, ale brak mi teraz czasu. To draństwo i wrócę jeszcze do tego tematu. Ciekaw jestem, dlaczego Jaś nie dostał azylu politycznego. Białoruś jest przecież dyktaturą.Ale... ten temat zamknięty nie jest...

P.S. Nie ma problemu, jeśli ktoś cytuje moje teksty, albo nawet zamieszcza całe posty z wyraźnym podaniem źródła. Ale jeśli ktoś prowadzi bloga składającego się tylko z cudzych tekstów, to coś jest nie tak. A jeśli, do tego ten ktoś "zapomina" podać, skąd wziął "swoje" notki, to już jest kradzież.
Szczerze mówiąc, nie sprawdzam, czy moje notki pojawiają się gdzieś. Uważam to za mało interesujące. Notkę tę traktuję jako wyraz poparcia dla Romana, bo rozumiem Jego irytację. Każdy ma prawo decydować o sposobie wykorzystania swojej pracy.

wtorek, 5 lutego 2008

Iluminacja

W sobotę rozbiłem sobie głowę.
To znaczy w przenośni, bo „rozbiłem sobie” pozwala domniemywać, że mamy do czynienia z samookaleczeniem a był to tylko wypadek. I to wypadek w pracy. Szedłem sobie korytarzem, gdy nagle złapałem poślizg na czymś (nie wiem, czym) leżącym na podłodze… i strzeliłem głową w obudowę klimatyzatora.
Przez pierwsze kilka sekund myślałem, ze wyszedłem bez szwanku. A nagle poczułem lepki chłód spływający mi po głowie. Nie wdając się w przydługie opisy, uderzenie spowodowało powstanie 5-6 centymetrowej rany ciętej powyżej linii czoła. Powstrzymałem krwawienie (a raczej zredukowałem je do niewielkiego wycieku) przy pomocy wody utlenionej i opatrunków. Pojawiło się wszakże pytanie, co dalej… Postanowiłem zawiadomić szefostwo. Niech oni się zastanawiają, mnie bolała głowa. Zadzwoniłem, przedstawiłem sytuację. Szefostwo powiedziało, że powinienem udać się na pogotowie („…bo ran głowy lekceważyć nie można”), a po opatrzeniu mogę iść do domu. Poprosiłem koleżankę, aby zadzwoniła po karetkę. Czekałem, czekałem, sekundy przeszły w minuty (czas odmierzałem zużytymi wacikami) i nikt w dyspozytorni nie raczył nawet odebrać telefonu. Troszeczkę rozczarowujące, biorąc pod uwagę, że dzwoni się do instytucji mającej w nazwie „ratunkowe”. Po nieudanej próbie połączenia, stwierdziłem, że mniej czasu zajmie mi dotarcie tam, niż czekanie na połączenie (było blisko, na Hożej, niedaleko rogu z Marszałkowską). Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Po 5 minutach byłem na miejscu (przy czym zimne powietrze jeszcze bardziej zredukowało krwawienie), pod stacją stało kilka radiowozów (pustych, bo funkcjonariusze byli wewnątrz, wraz z tymi, których dostarczyli). Po wejściu Pan-ratownik wziął ode mnie kurtkę, dał numerek (18!) i powiedział, żebym poczekał i się zarejestrował. Porozmawiałem z nim chwilę i zmieniliśmy „plan gry”. Ja poszedłem do ambulatorium a miły, uczynny pan poszedł po skierowanie. Bajka. Założono mi specjalne plastry ściągające (rana okazała się wystarczająco płytka), zrobiono zastrzyk przeciwtężcowy i finito. Wszystko poszło bardzo sprawnie i w bardzo miłej atmosferze.
Po wyjściu zacząłem się zastanawiać i uzmysłowiłem sobie, że problemy z wezwaniem pogotowia nie są odosobnioną sprawą i że w ostatnim czasie słyszałem o innych problemach ze służbami publicznymi.
Jakiś czas temu mój kolega zobaczył w centrum W-awy dwóch naprutych gości gramolących się do samochodu i odjeżdżających z piskiem. Kolega miał już kiedyś do czynienia z pijanym kierowcą (, który poszedł z nim „na czołówkę”), więc od tej pory bardzo źle na nich reaguje (kojarzą mu się ze szpitalem). Kolega z najbliżej budki telefonicznej zadzwonił na 997 i … nikt nie odebrał: po usłyszeniu nagranego ostrym, męskim głosem komunikatu, zachęcającego do czekania, nastąpiło…. czekanie, do momentu, aż załączył się sygnał zajętości. Zadzwonił znowu….. i znowu nic. Po dwóch próbach zrezygnował (goście byli już wtedy pewnie na Bielanach)
Któregoś razu, inny kolega zobaczył żula zalegającego tuż przed jego wejściem. Ponadto żul zdążył zanieczyścić chodnik, w sposób dosyć spektakularny… Cóż, kolega zirytował się, ale zamiast przetoczyć menela (przy pomocy dobrze ulokowanych kopniaków) gdzie indziej, zadzwonił z komóry na numer alarmowy. Bardzo szybko zgłosił się operator, zgłoszenie przyjął, powiedział, że wysyła Straż Miejską i przyjechała… po 40 minutach. Do tego czasu gość zdążył się ewakuować. Zostawiając treść żołądka do sprzątnięcia przez dozorcę.

Funkcjonowanie służb publicznych w naszym kraju kuleje. Mnóstwo patroli policyjnych w dzień, w nocy... nie jest to częsty widok, niedojeżdżające lub dojeżdżające zbyt późno karetki, Straż Miejska zajęta tropieniem spraw trywialnych (jak nieposprzątane posesje czy uliczni handlarze) z zaciekłością, jakby wszyscy chcieli nominacji generalskich od Kaczyńskiego. Naprawdę, łatwo można doznać wrażenia, że nasze podatki są przeznaczane na wszystko, oprócz rzeczy potrzebnych. A nie są niskie.
Gdzie leży problem?
Jeśli chodzi o odbieranie zgłoszeń, oczywiście jest zbyt mało dyspozytorów, szczególnie w weekendy, kiedy różnych zdarzeń jest najwięcej. Inną kwestią, jest niewłaściwe wykorzystanie posiadanych już zasobów. Pamiętacie, za poprzedniego rządu, stołeczni policjanci zobligowani byli do legitymowania codziennie określonej liczby osób (bez powodu), a mogli w tym czasie robić tyle innych rzeczy... Jeszcze inną sprawą jest, że na pogotowiu personel musi zajmować się głównie "pacjentami", którzy mieli "wypadki" na własną prośbę. Wiecie o kogo mi chodzi... Inny przykład. Do szpitala zgłasza się bardzo chory człowiek, który konsekwentnym, codziennym i nadmiernych spożywaniem napojów (nie tylko spożywczych) doprowadził organizm do ruiny. Dziurawa wątroba, problemy z poruszaniem się (ciekawe dlaczego tak wielu menelów chodzi o kulach, może krążenie), cały katalog przypadłości.... i brak ubezpieczenia. Takich pacjentów się leczy, blokują łóżka w szpitalach, zużywają leki, czas pracy lekarzy i personelu medycznego. W skali kraju kosztują setki milionów złotych, są przyjmowani natychmiast, podczas, gdy płacący składki i podatki pacjenci muszą, właśnie przez to, czekać pół roku na operację.

Brak racjonalności wydatków, brak zarządzania czasem, brak, brak, brak.... to zmora sfery publicznej. Czy prywatne karetki przyjeżdżają za późno?, a może na patrol interwencyjny z firmy ochroniarskiej trzeb czekać pół godziny? Nie, bo straciliby klientów, a co za tym idzie wpływy. Państwo wpływów nie straci, z powodu niskiego poziomu "sprzedawanych" nam usług. Więcej, zmusza nas do kupowania swoich usług za coraz większą cenę (wyższe podatki, składki, opłaty). Jest tak dlatego, ponieważ nikt nie rozlicza urzędników za wydajność, efekty. W sektorze prywatnym manager, który się nie sprawdza odpada, pracownik w firmie ochroniarskiej, gdy źle ustawi grafik czy trasy patroli, ponosi konsekwencje, bo środki muszą być wykorzystywane optymalnie. W prywatnym szpitalu, nad personelem bezpośrednio zaangażowanym w generowanie przychodów, nie ma wielu, wielu urzędniczych poziomów, komisji budżetowych, ciał doradczych, gabinetów politycznych i innych wszelkiej maści biurokratycznych złogów. Politycy są rozliczani w wyborach. Urzędników nikt nie rozlicza, jeśli chodzi o wydajność oczywiście. Czytałem o historii lekarki, która przenosiła swój gabinet. Zajęło jej to 18 (!) miesięcy. Urzędnicy byli bardzo mili, zawsze odpowiadali na jej wnioski w ramach terminu (2 tygodnie), najczęściej prosząc o dodatkowe dokumenty., atesty, zaświadczenia. Niekiedy zdarzało się, że np. odmówiono jej zgody na zagospodarowanie piwnicy... w sytuacji gdy piwnicy nie było. Próba korekty tego faktu spowodowała następny łańcuszek dokumentów. 18 miesięcy i wszystko zgodnie z przepisami.

Nie jestem korwin-mikkistą, nie jestem za likwidacją szkolnictwa publicznego, policji czy innych instytucji państwowych. Nie jestem też zwolennikiem darwinizmu ekonomicznego, ale ..... ale nic nie stoi na przeszkodzie oparciu działania instytucji o ich efektywność. Bon edukacyjny w szkolnictwie, wprowadzenie częściowej (niewielkiej) odpłatności z usługi medyczne, likwidacja państwowego ubezpieczenia zdrowotnego, zabiegi w dowolonie wybranej placówce finansowane z indywidualnej polisy zdrowotnej (w której składka nie byłaby uzależniona od wieku), a koszt leczenia nieubezpieczonych pokrywa państwo.

Tak sobie bredzę, widocznie wystąpił u mnie opóźniony szok pourazowy. Ludzie, w tym kraju masowo sprzeciwiliby się tak radykalnym zmianom. Lepsze jest dla nich nasze złudne, nic nie warte "bezpieczeństwo socjalne". Nie zdjają sobie sprawy, że bezpieczeństwo socjalne sprawdza się w krajach, które na to stać (choć jak się okazuje to co dobre, też musi się skończyć, vide Francja). Ludzie nie zdają sobie sprawy, że za kilkaset złotych składki zdrowotnej którą już płacą, mogliby otrzymać leczenie na dobrym poziomie.
Ludzie nie wiedzą... a są partie, które dbają, aby się jeszcze długo nie dowiedzieli. Partie, dla których "Wolska solidarna", "bezpieczeństwo socjalne", "silne państwo" (oczywiście "państwo" rozumiane jako biurokracja i służby) to zawsze dobry powód, aby się zapienić.

W sobotę skończyło się dobrze. A gdyby to było coś poważniejszego....

Kopara, czyli głos z przeszłości

Opadła mi kopara. Dziś, dokładnie o 20:01 zadzwonił telefon... Numer na wyświetlaczu nic mi nie powiedział... Odebrałem... i właśnie wtedy "opadła mi kopara". Otóż okazało się, że dzwoni do mnie dawna (a raczej bardzo, bardzo) dawna "sympatia". Szok spowodowało to, że nie mogę powiedzieć, że po naszym rozstaniu utrzymywaliśmy "przyjacielskie stosunki". Nie utrzymywaliśmy żadnych (z jej inicjatywy).
Teraz, nagle, po pięciu latach "ciszy" odezwała się do mnie ta zjawa przeszłości. Po co? To jest najśmieszniejsze. Płaczliwym głosem poprosiła o pomoc. Zapytałem: o co chodzi? Spytacie zapewne, dlaczego nie odpowiedziałem jej słowami pewnej piosenki: "Pocałuj mnie w d*** i jak g*** poczuj się, bo ja ze wszystkich sił dzisiaj p**** cię". No cóż, dlatego, że oznaczałoby to istnienie jakichkolwiek, choćby negatywnych uczuć w stosunku do niej, podczas gdy jej osoba jest mi tak obojętna jak nowa partia Millera. Ale wracając do tematu... Odpowiedziała mi, że nie może już wytrzymać z mężem, chciałaby się go pozbyć (nie wiem, na Boga, co to miało oznaczać) i chciałaby, żebym w tej ciężkiej sytuacji pomógł jej.
Odpowiedziałem, że to jej małżeństwo, jej życie i jej sprawa. Jeśli jest źle traktowana, niech zgłosi się do adwokata, jeśli bita, na policję, natomiast ja na pewno jej nie pomogę. Nie ma szans. Na tym rozmowa się zakończyła. Dziwna rozmowa po kilku latach milczenia.
Swoją drogą, coraz bardziej zastanawiam się, co to znaczy "pozbyć się" męża. Mam nadzieję, że wyrzucenie z domu, separację czy coś :)
Rozmowa trwała 57 sekund, napisanie tego posta dużo więcej..., dlaczego więc to piszę? Chyba tylko dlatego, że taki telefon po pięciu latach, to wydarzenie dość niezwykłe.... i co miała na myśli mówiąc "pozbyć". O to jest pytanie....

piątek, 1 lutego 2008

PIS DA ...

... na mszę w intencji odzyskania inteligencji ???
Jarosław Kaczyński ogłosił, że PiS ma zamiar odzyskać inteligencję. Szczytny zamiar, ale jeśli chce uzyskać ze strony społeczeństwa pomoc w poszukiwaniach, musi podać więcej szczegółów. Jak doszło do utraty inteligencji przez PiS? Czy została porzucone, czy po prostu zgubiła się w korytarzach władzy. A może niechciana, nieproszona uciekła... jak najdalej od tych, którzy swoim zachowaniem i swoimi wypowiedziami obrażają inteligencję słuchaczy. Inteligencja PiS mogła poczuć solidarność z inteligencją obywateli tego kraju, którym PiS nieudolnie usiłuje robić wodę z mózgu (i z kilkoma milionami się udało) i odejść... Moim skromnym zdaniem na powrót inteligencji nie ma co liczyć, dopóki w PiS będą wodzić rej taki tuzy jak: Kaczyński, Gosiewski, Putra, Ziobro, Brudziński, Girzyński... Zbyt będzie sie bała.
Tak czy inaczej, prezes PiS ma duży problem, wraz z utratą inteligencji, zabrakło niezbędnego składnika, utrzymującego działaczy PiS w swoistej intelektualnej homeostazie. Doszło do nieuniknionego rozchwiania systemu. Ale przynajmniej wypowiedzi pisowczyków są coraz zabawniejsze.

W radiowej Trójce Antoni "X-file" Macierewicz wołał o pomstę do nieba, krytykując rząd za wszystko tj. sytuację w specsłużbach, bezpieczeństwo energetyczne, politykę wobec Rosji. Szczególnie ostatnie zagadnienie jest dla niego bulwersujące. W niego "sukcesy poprzedniego rządu w tym zakresie są obecnie marnotrawione", i tu niestety objawia się dotkliwy brak utraconej inteligencji, ponieważ Macierewicz posługuje się tu niezrozumiałym kodem (albo znów zamiast "myśleć" używa "skrótów myślowych"). Jakie sukcesy mieli Kaczyński i Fotyga w polityce wobec Rosji? A więc, co za tym idzie, co marnotrawi obecny rząd? Czyżby embargo? Możliwe, że tak. Możliwe, że embargo na polskie produkty było wielkim sukcesem rządu Kaczyńskiego: "Nie będzie Moskal żarł polskiej kiełbasy" :)
Macierewicz odniósł się też do "anulowania przez Waldemara Pawlaka" prawie półmiliardowej kary nałożonej na spółkę J&S. Tylko.... drobny szczegół, Pawlak niczego nie anulował, ponieważ owa nałożona kara nie miała mocy prawnej, karę nałożył bowiem prezes Agencji Rezerw Materiałowych, a powinna to zrobić Agencja. Rozumiem, że prawne pojęcie "właściwości rzeczowej" jest obce Macierewiczowi, ale jeśli ja się o czymś nie mam bladego pojęcie, to się nie wypowiadam, a nie bredzę jak potłuczony o skandalicznych zachowaniach które "będą wymagały szczególnego potraktowania i osobnej uwagi". Szczególnego potraktowania wymaga, jak widać, poseł Macierewicz, a przede wszystkim wymaga szczególnej uwagi. Szczególną uwagę znajdzie z pewnością na antenie organu ojca Tadeusza, znajdzie tam szacunek i zrozumienie, może nawet Madzia Buczek zmówi w jego intencji różaniec...
Jeszcze jedno na temat kary, jeśli Macierewicz nie wie o co chodzi w temacie "właściwości rzeczowej", zapewne bardzo często płaci mandaty za złe parkowanie, nakładane na niego przez ... kominiarza albo listonosza :)

Ziobro był dziś w centrum uwagi. Minister Ćwiąkalski ogłosił, że w Ministerstwie Sprawiedliwości stwierdzono przypadki niszczenia dokumentów, zniszczenia laptopów, telefonów komórkowych i kart SIM. Ziobro ripostował... laptop mu spadł (biedaczkowi), karty przez nieuwagę (albo druga wersja Ziobry: bo numerów nie można było skasować) zniszczyła sekretarka (cztery sztuki), do niszczenia dokumentów się nie odniósł. Stwierdził ponad to, że musiał usunąć z dysku dokumenty tajne, bo laptop wracał do zasobów ministerstwa. Użył do tego specjalistycznego programu do kasowania danych. Czyżby znanego programu "Młotek 2.0" :)
Przy okazji wyszło, że w Ministerstwie używano telefonów komórkowych w systemie pre-paid. Zadziwiające...., kto (oprócz osób chcących kontrolować koszty; urzędnicy ministerialni raczej do nich nie należą) najczęściej, korzysta z numerów pre-paid (a nawet zmienia je bardzo, bardzo często)....?
A jak doszło do zniszczenia kart SIM???: "Na kartach miałem zapisane telefony do najważniejszych osób. Asystentka miała skasować z nich te numery, ale powiedziała, że jest to niemożliwe". To jakaś nowość w świecie GSM, karty SIM z których nie można skasować numerów. Gratuluję pomysłu, pośle Ziobro, ewentualnie gratuluję asystentki... może miała inne talenty.

I na koniec... Brudziński... Jołachim stwierdził, że zmniejszenie ochrony Kaczyńskiemu to "małostkowość i złośliwość". Nie odniosę się do tego, że dotychczas Kaczyński śmigał z przepychem godnym bizantyjskiego cesarza (miał do dyspozycji dwa samochody, dwóch kierowców i czterech funkcjonariuszy BOR), natomiast przypomnę, że Jarosław miał ochronę BOR jeszcze zanim przysługiwała mu z mocy prawa. Podobno ze względu na jego podobieństwo do głowy państwa, argumentowano, że ktoś mógłby się pomylić. Choć właśnie fakt obecności ochrony lub jej brak, świadczył o tym, z którym z braci mieliśmy do czynienia wg prostego schematu: ochrona jest - Lech, ochrony nie ma - Jarosław.
Kaczyńskim, oczywiście, chodziło o podniesienie poczucia własnej wartości Jarosława. Obaj lubują się w zewnętrznych atrybutach władzy. Dlaczego tak jest, to pytanie do psychologów, choć mam prywatną teorię...
Ale już niedługo Kaczyńskiemu skończy się okres ochronny (byłemu premierowi ochrona przysługuje przez 6 miesięcy). Co wtedy??? Pan Prezydent na 100% będzie dążył, żeby braciszek dalej był chroniony przez BOR. I ja uważam, że to słuszna koncepcja. Naprawdę, można mu zostawić jednego funkcjonariusz, który by go ochraniał przed "wyrazami poparcia" ze strony "wdzięcznego społeczeństwa". Oczywiście samochód trzeba mu zabrać, niech go wożą koledzy partyjni.