W sobotę rozbiłem sobie głowę.
To znaczy w przenośni, bo „rozbiłem sobie” pozwala domniemywać, że mamy do czynienia z samookaleczeniem a był to tylko wypadek. I to wypadek w pracy. Szedłem sobie korytarzem, gdy nagle złapałem poślizg na czymś (nie wiem, czym) leżącym na podłodze… i strzeliłem głową w obudowę klimatyzatora.
Przez pierwsze kilka sekund myślałem, ze wyszedłem bez szwanku. A nagle poczułem lepki chłód spływający mi po głowie. Nie wdając się w przydługie opisy, uderzenie spowodowało powstanie 5-6 centymetrowej rany ciętej powyżej linii czoła. Powstrzymałem krwawienie (a raczej zredukowałem je do niewielkiego wycieku) przy pomocy wody utlenionej i opatrunków. Pojawiło się wszakże pytanie, co dalej… Postanowiłem zawiadomić szefostwo. Niech oni się zastanawiają, mnie bolała głowa. Zadzwoniłem, przedstawiłem sytuację. Szefostwo powiedziało, że powinienem udać się na pogotowie („…bo ran głowy lekceważyć nie można”), a po opatrzeniu mogę iść do domu. Poprosiłem koleżankę, aby zadzwoniła po karetkę. Czekałem, czekałem, sekundy przeszły w minuty (czas odmierzałem zużytymi wacikami) i nikt w dyspozytorni nie raczył nawet odebrać telefonu. Troszeczkę rozczarowujące, biorąc pod uwagę, że dzwoni się do instytucji mającej w nazwie „ratunkowe”. Po nieudanej próbie połączenia, stwierdziłem, że mniej czasu zajmie mi dotarcie tam, niż czekanie na połączenie (było blisko, na Hożej, niedaleko rogu z Marszałkowską). Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Po 5 minutach byłem na miejscu (przy czym zimne powietrze jeszcze bardziej zredukowało krwawienie), pod stacją stało kilka radiowozów (pustych, bo funkcjonariusze byli wewnątrz, wraz z tymi, których dostarczyli). Po wejściu Pan-ratownik wziął ode mnie kurtkę, dał numerek (18!) i powiedział, żebym poczekał i się zarejestrował. Porozmawiałem z nim chwilę i zmieniliśmy „plan gry”. Ja poszedłem do ambulatorium a miły, uczynny pan poszedł po skierowanie. Bajka. Założono mi specjalne plastry ściągające (rana okazała się wystarczająco płytka), zrobiono zastrzyk przeciwtężcowy i finito. Wszystko poszło bardzo sprawnie i w bardzo miłej atmosferze.
Po wyjściu zacząłem się zastanawiać i uzmysłowiłem sobie, że problemy z wezwaniem pogotowia nie są odosobnioną sprawą i że w ostatnim czasie słyszałem o innych problemach ze służbami publicznymi.
Jakiś czas temu mój kolega zobaczył w centrum W-awy dwóch naprutych gości gramolących się do samochodu i odjeżdżających z piskiem. Kolega miał już kiedyś do czynienia z pijanym kierowcą (, który poszedł z nim „na czołówkę”), więc od tej pory bardzo źle na nich reaguje (kojarzą mu się ze szpitalem). Kolega z najbliżej budki telefonicznej zadzwonił na 997 i … nikt nie odebrał: po usłyszeniu nagranego ostrym, męskim głosem komunikatu, zachęcającego do czekania, nastąpiło…. czekanie, do momentu, aż załączył się sygnał zajętości. Zadzwonił znowu….. i znowu nic. Po dwóch próbach zrezygnował (goście byli już wtedy pewnie na Bielanach)
Któregoś razu, inny kolega zobaczył żula zalegającego tuż przed jego wejściem. Ponadto żul zdążył zanieczyścić chodnik, w sposób dosyć spektakularny… Cóż, kolega zirytował się, ale zamiast przetoczyć menela (przy pomocy dobrze ulokowanych kopniaków) gdzie indziej, zadzwonił z komóry na numer alarmowy. Bardzo szybko zgłosił się operator, zgłoszenie przyjął, powiedział, że wysyła Straż Miejską i przyjechała… po 40 minutach. Do tego czasu gość zdążył się ewakuować. Zostawiając treść żołądka do sprzątnięcia przez dozorcę.
Funkcjonowanie służb publicznych w naszym kraju kuleje. Mnóstwo patroli policyjnych w dzień, w nocy... nie jest to częsty widok, niedojeżdżające lub dojeżdżające zbyt późno karetki, Straż Miejska zajęta tropieniem spraw trywialnych (jak nieposprzątane posesje czy uliczni handlarze) z zaciekłością, jakby wszyscy chcieli nominacji generalskich od Kaczyńskiego. Naprawdę, łatwo można doznać wrażenia, że nasze podatki są przeznaczane na wszystko, oprócz rzeczy potrzebnych. A nie są niskie.
Gdzie leży problem?
Jeśli chodzi o odbieranie zgłoszeń, oczywiście jest zbyt mało dyspozytorów, szczególnie w weekendy, kiedy różnych zdarzeń jest najwięcej. Inną kwestią, jest niewłaściwe wykorzystanie posiadanych już zasobów. Pamiętacie, za poprzedniego rządu, stołeczni policjanci zobligowani byli do legitymowania codziennie określonej liczby osób (bez powodu), a mogli w tym czasie robić tyle innych rzeczy... Jeszcze inną sprawą jest, że na pogotowiu personel musi zajmować się głównie "pacjentami", którzy mieli "wypadki" na własną prośbę. Wiecie o kogo mi chodzi... Inny przykład. Do szpitala zgłasza się bardzo chory człowiek, który konsekwentnym, codziennym i nadmiernych spożywaniem napojów (nie tylko spożywczych) doprowadził organizm do ruiny. Dziurawa wątroba, problemy z poruszaniem się (ciekawe dlaczego tak wielu menelów chodzi o kulach, może krążenie), cały katalog przypadłości.... i brak ubezpieczenia. Takich pacjentów się leczy, blokują łóżka w szpitalach, zużywają leki, czas pracy lekarzy i personelu medycznego. W skali kraju kosztują setki milionów złotych, są przyjmowani natychmiast, podczas, gdy płacący składki i podatki pacjenci muszą, właśnie przez to, czekać pół roku na operację.
Brak racjonalności wydatków, brak zarządzania czasem, brak, brak, brak.... to zmora sfery publicznej. Czy prywatne karetki przyjeżdżają za późno?, a może na patrol interwencyjny z firmy ochroniarskiej trzeb czekać pół godziny? Nie, bo straciliby klientów, a co za tym idzie wpływy. Państwo wpływów nie straci, z powodu niskiego poziomu "sprzedawanych" nam usług. Więcej, zmusza nas do kupowania swoich usług za coraz większą cenę (wyższe podatki, składki, opłaty). Jest tak dlatego, ponieważ nikt nie rozlicza urzędników za wydajność, efekty. W sektorze prywatnym manager, który się nie sprawdza odpada, pracownik w firmie ochroniarskiej, gdy źle ustawi grafik czy trasy patroli, ponosi konsekwencje, bo środki muszą być wykorzystywane optymalnie. W prywatnym szpitalu, nad personelem bezpośrednio zaangażowanym w generowanie przychodów, nie ma wielu, wielu urzędniczych poziomów, komisji budżetowych, ciał doradczych, gabinetów politycznych i innych wszelkiej maści biurokratycznych złogów. Politycy są rozliczani w wyborach. Urzędników nikt nie rozlicza, jeśli chodzi o wydajność oczywiście. Czytałem o historii lekarki, która przenosiła swój gabinet. Zajęło jej to 18 (!) miesięcy. Urzędnicy byli bardzo mili, zawsze odpowiadali na jej wnioski w ramach terminu (2 tygodnie), najczęściej prosząc o dodatkowe dokumenty., atesty, zaświadczenia. Niekiedy zdarzało się, że np. odmówiono jej zgody na zagospodarowanie piwnicy... w sytuacji gdy piwnicy nie było. Próba korekty tego faktu spowodowała następny łańcuszek dokumentów. 18 miesięcy i wszystko zgodnie z przepisami.
Nie jestem korwin-mikkistą, nie jestem za likwidacją szkolnictwa publicznego, policji czy innych instytucji państwowych. Nie jestem też zwolennikiem darwinizmu ekonomicznego, ale ..... ale nic nie stoi na przeszkodzie oparciu działania instytucji o ich efektywność. Bon edukacyjny w szkolnictwie, wprowadzenie częściowej (niewielkiej) odpłatności z usługi medyczne, likwidacja państwowego ubezpieczenia zdrowotnego, zabiegi w dowolonie wybranej placówce finansowane z indywidualnej polisy zdrowotnej (w której składka nie byłaby uzależniona od wieku), a koszt leczenia nieubezpieczonych pokrywa państwo.
Tak sobie bredzę, widocznie wystąpił u mnie opóźniony szok pourazowy. Ludzie, w tym kraju masowo sprzeciwiliby się tak radykalnym zmianom. Lepsze jest dla nich nasze złudne, nic nie warte "bezpieczeństwo socjalne". Nie zdjają sobie sprawy, że bezpieczeństwo socjalne sprawdza się w krajach, które na to stać (choć jak się okazuje to co dobre, też musi się skończyć, vide Francja). Ludzie nie zdają sobie sprawy, że za kilkaset złotych składki zdrowotnej którą już płacą, mogliby otrzymać leczenie na dobrym poziomie.
Ludzie nie wiedzą... a są partie, które dbają, aby się jeszcze długo nie dowiedzieli. Partie, dla których "Wolska solidarna", "bezpieczeństwo socjalne", "silne państwo" (oczywiście "państwo" rozumiane jako biurokracja i służby) to zawsze dobry powód, aby się zapienić.
W sobotę skończyło się dobrze. A gdyby to było coś poważniejszego....