Latet anguis in herba
Wergiliusz, Eklogi
Wielki Piątek jest dniem żałoby, zadumy i skupienia (przynajmniej dla chrześcijan), na pamiątkę Męki Pańskiej. W tym dniu postanowiłem zadumać się nad pewnym kontrowersyjnym tematem, w którym widzę znak powolnego upadku naszej cywilizacji. Pocieszające jest tylko to, że po upadku można mieć nadzieję na Odrodzenie. Kwintesencja wiary.
Nie dajcie się zwieść pierwszemu wrażeniu, będzie o homoseksualistach, a konkretnie o zmianach w postrzeganiu tego zjawiska w społeczeństwach europejskich i o możliwych zagrożeniach jakie może to przynieść w przyszłości. Zastrzegam, że nie ma we mnie płochej nietolerancji dla homosiów, nie czuję do nich nienawiści. W sumie nie czuję do nich nic, ich istnienie jest mi zupełnie obojętne. Ponieważ granicą wolności osobistej człowieka są granice wolności innych osób, czuję się w obowiązku napisać o zjawisku, które mojej osobistej wolności zagraża. Zagrożeniem tym nie są homoseksualiści, ale negatywne zmiany narzucane społeczeństwu przez lobby pro-homoseksualne i lewicowe "elyty".
W latach 70tych borykająca się z efektami niżu demograficznego i skutkami dynamicznego wzrostu gospodarczego ("klęska urodzaju"?) Europa otworzyła się na napływ imigrantów, mający dać gospodarce tak potrzebne "ręce do pracy". Zresztą nie był to jedyny kanał przez który do Europy napływała ludność o odmiennej od europejskiej kulturze... azylanci, repatrianci, ludność z dawnych kolonii..., kto tylko mógł walił do nas "drzwiami i oknami", przynosząc jako bagaż swoją kulturę, etykę i moralność. A Europa... Europa praktycznie "od zawsze" jako swój fundament uznawała zasady humanizmu,
Liberté, Égalité, Fraternité i wyprowadzała z nich podstawy zachowań wobec kultur wnoszonych na europejski "rynek" przez imigrantów. Podjęto wprawdzie dość niemrawe działania mające na celu integrację imigrantów z resztą społeczeństwa, ale efekty tych działań były mniej niż zadowalające. W tym czasie lewica, której liderzy ukształtowani wydarzeniami '68, tudzież wykształceni w będących bastionami lewicy ośrodkach uniwersyteckich, rozpoczęli zdecydowaną politykę wobec imigrantów, polegającą na
bezkrytycznej tolerancji dla ich odmienności kulturowej (co nawet dziś objawia się w haśle "Jedność w różnorodności"). Pobudowano im mieszkania, które szybko zmieniły się w hermetyczne getta. Zapewniono niesamowicie bogaty pakiet pomocy socjalnej, w postaci dodatków mieszkaniowych, zasiłków, bonów na żywność przez, co dano możliwość względnego dobrobytu bez konieczności podjęcia jakiejkolwiek pracy, co więcej
zerwano związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy pracą a dochodem (
ciekawego posta w tym temacie napisał w swoim blogu
Chociaj), wdrażając chyba marksistowskie
"każdemu według jego potrzeb". Jednocześnie imigrantom w sukurs przyszły lansowanie "poprawności politycznej" i tolerancji (w jej najszerszym zakresie) mającej wprowadzić wielokulturową i wieloetniczną jedność. Tymczasem stworzono potworka nad którym stracono panowanie.
W superlaickiej Francji, gdzie księża nie spowiadają wiernych, ponieważ tajemnica spowiedzi nie podlega ochronie prawnej, zaczęto wprowadzać ustępstwa wobec społeczności muzułmańskiej poprzez akceptację nieobecności uczniów lub nieodrobionych zadań domowych podczas Ramadanu, dostosowanie menu w stołówkach szkolnych do wymogów religijnych czy choćby uznanie przez państwo świąt religijnych, czy wreszcie akceptacja chust noszonych przez muzułmanki (choć z tego zrezygnowano).
W niezwykle tolerancyjnej Holandii, gdzie wcale nie prowadzono żadnych działań mających na celu asymilację imigrantów, prawo gwarantuje możliwość tworzenia
finansowanych przez państwo własnych instytucji: oddzielnej opieki medycznej, oddzielnej edukacji czy oddzielnych mediów.
Do czego doprowadziła tak "wspaniała" polityka mogliśmy zobaczyć na wielu przykładach:
- obywatelskiej postawy młodych imigrantów z podparyskich dzielnic w 2005 i 2007 roku,
- można też wspomnieć o pełnej tolerancji postawie jaką zaprezentowała społeczność muzułmańska po publikacji karykatur Mahometa przez "Jyllands-Posten" we wrześniu 2005 roku (autor do tej pory jest chroniony), gdy imam kopenhaskiego meczetu podżegał do zamieszek wołając (
za Wikipedią): "Nie będziemy tego tolerować! Jeśli to jest demokracja, nie zgadzamy się na demokrację!". W 250-tysięcznym Aarhus bandy młodocianych pojawiły się w dzielnicy Rosenhoj, gdzie podpalały samochody, sklepy, rzucały cegłami w okna domów. To za proroka Mahometa! Nie będziemy tolerować tego, co zrobiła mu "Jyllands-Posten"!
- w Londynie, w lutym 2006 roku z tego samego powodu pokojowo protestowała grupa islamistów (część obwieszona imitacjami ładunków wybuchowych), niosąc hasła: "
Europo, twój 11 września nadejdzie, Masakra dla tych, którzy znieważają islam"
... a to tylko bardziej spektakularne, medialne przykłady. Już się nawet nie mówi o np. dokonywaniu przez afrykańskich przybyszy we Francji, wynikającego właśnie z odmienności kulturowej okrutnego, nieludzkiego okaleczania młodych kobiet (często dzieci) zwanego nie wiedzieć czemu "obrzezaniem". Nie mówi się też o "honorowych" zabójstwach i ogólnym złym traktowaniu kobiet w społecznościach muzułmańskich. Stracił nośność temat islamskich duchownych nawołujących do świętej wojny i indoktrynujących przyszłych zamachowców w ośrodkach religijnych i "kulturalnych" finansowanych z publicznej kasy. Kim byli zamachowcy w Londynie? Czyż nie "zasymilowanymi" potomkami imigrantów?
Chore drzewo zatruty wydaje owoc.Nic więc dziwnego, że w społeczeństwach europejskich zaczyna wzbierać fala niechęci wobec "obcych" kulturowo, niechcących się zasymilować przybyszy. Coraz więcej ludzi postrzega imigrantów za zagrożenie dla ich własnej tożsamości. Ciekawe, co czuł przeciętny Niemiec słysząc premiera Turcji grzmiącego o potrzebie stworzenia tureckich szkół dla wielomilionowej rzeszy Turków mieszkających w Niemczech (nie będą przecież chodzić do Niemieckich), ciekawe, co pomyślał słysząc o planach wprowadzenia do szkół "lekcji o islamie". Ciekawe, czy ucieszył się słysząc, że w jego sąsiedztwie stanie największy w Europie meczet a jego samego, co rano, będzie budziło wycie muezina. Ciekawe...
... a miało być tak pięknie różne kolory skóry, różne religie, różne kultury wymieszane w europejskim tyglu miały stworzyć poprawne politycznie i tolerancyjne społeczeństwo jutra. Plan z góry skazany na niepowodzenie, jak wiele innych projektów lewicy. Eksperymenty społeczne których prekursorem był Lenin i Stalin (wielkim grzechem zachodniej lewicy była irracjonalna sympatia do ZSRR) i ich następcy, Kim Ir Sen czy Pol Pot, niczego lewicy nie nauczyły.
Święcie przekonana o słuszności swoich racji wykazuje zdumiewającą tendencję do usunięcia z przestrzeni debaty publicznej "nieprawomyślnych" poglądów. I to się udaje.
Od dziesięcioleci na społeczeństwa jest wywierany subtelny, delikatny ale stały nacisk mających trwale zmienić postawy społeczne (taki mały
Novus Ordo Seclorum). Nacisk jest wywierany przez użycie narzędzi psychologii społecznej, takich jak używanie autorytetów do lansowania nowych idei, a później, gdy już zakiełkują proces sam się nakręca, za przyczyną społecznego dowodu słuszności ("skoro tak wielu "mądrych" ludzi to popiera, to coś jest na rzeczy"). Pod hasłami walki o sekularyzację, budowy nowego społeczeństwa przebudowuje się sposób postrzegania przez Europejczyków zjawisk społecznych, zmienia się ich postawy moralne i etyczne, szczególnie te niesione przez religie chrześcijańskie. Na przestrzeni kilku dziesięcioleci runęła w pył instytucja małżeństwa, prawo rodziców do kształtowania postaw dzieci, rozluźnieniu uległy więzy międzypokoleniowe (jak często przeciętny dorosły Anglik widuje swoich rodziców... albo dziadków?), aborcja stała się zabiegiem wymagającym mniej wysiłku (i tańszym) niż wizyta u dentysty. Oczywiście nie wszystko jest dziełem lewicy. Gdybym to zasugerował wpisałbym się w poczet zwolenników spiskowej teorii dziejów i szatańskiego spisku masonów, iluminatów i cyklistów. Sytuacja, jak wszystko w życiu, jest bardziej skomplikowana. Część zmian jest oczywiście wynikiem globalizacji, czy bogacenia się społeczeństw, albo przedkładania kariery nad życie rodzinne, jednak wpływ idei lewicowych, zwłaszcza wyrażanych przez środowiska opiniotwórcze jest niezaprzeczalny.
Podobnie też mężczyźni zaniechali przyrodzonego obcowania z kobietą, zapałali jedni ku drugim żądzą, mężczyźni z mężczyznami popełniając sromotę i ponosząc na sobie samych należną za ich zboczenie karę.
Biblia Warszawska, List do Rzymian 1:27
W pejzaż tych zjawisk wpisuje się oczywiście zmiana stosunku do homoseksualistów. Homoseksualizm, kiedyś autentycznie przyczyna dyskryminacji, przez medycynę uważany za dewiację, stopniowo przestawał być uważany za chorobę a stawał się równorzędną z heteroseksualizmem opcją. W 1993 WHO stwierdził, że ""orientacja seksualna nie może być rozpatrywana jako zaburzenie". Wzrastał poziom tolerancji dla osób o odmiennej orientacji, chodzi oczywiście o tolerancję społeczną, bowiem
jeśli chodzi o prawo, w nowoczesnej Europie, nigdy nie było dyskryminacji w tym względzie. W końcu "wszyscy są równi wobec prawa" a regulacje prawne w takim samym stopniu chronią homoseksualistów (zakaz dyskryminacji), jak pond 90% heteroseksualistów. Czy równy status wystarczył? Nie. Czy wystarczyło prawo do zawierania związków partnerskich, potem małżeństw, w niektórych krajach nawet prawo do adopcji dzieci. Nie. Powstał homoseksualizm ideologiczny, tak ściśle związany ze środowiskami lewicowymi, że nie wiadomo, kto kim kręci. Przejawia on zadziwiająco duże wpływy (może z racji swojej "hałaśliwości"), ciągle tokując jak to ciężko jest być homosiem w nietolerancyjnym społeczeństwie i potrzeba zmian, zmian, więcej zmian, aby taki pożałowania godny stan rzeczy zmienić.
Homosiowym aktywistom nie chodzi już o równość praw, teraz celem ich walki jest powszechna afirmacja ich stylu życia. Chcą zmienić tolerancję w akceptację, czy nawet poparcie dla ich upodobań. Chcą zabezpieczyć swoje pozycje tworząc nowego człowieka,
homo novus (wybacz starożytny Rzymie), poprzez pro-homoseksualną indoktrynację od najwcześniejszych lat życia dziecka. Mają temu służyć wdrażana w holenderskich, szwedzkich czy amerykańskich podstawówkach programy wychowawcze. W Holandii trwa również promocja "rodzin" homoseksualnych w telewizyjnych programach młodzieżowych. Jedna z autorek takiego programu wyłuszczyła jego cele: "Chcieliśmy się przyczynić do szerzenia tolerancji między najmłodszymi dziećmi. Pokazać im w atrakcyjnej, przemawiającej do nich formie, że homoseksualne małżeństwa to coś pozytywnego, z czym coraz częściej będą się stykać". Brawa za szczerość. Jak rozumiem poglądy rodziców na ten temat nie mają najmniejszego zdarzenia. Wyobraźcie sobie, gdyby w szkole czy w programach dla najmłodszych zaczęto sączyć dzieciom rydzyjkową propagandę. Ja bym się wk......wił, nie żyjemy przecież w teokracji (i to w wersji Tadea), dlaczego więc w tak cywilizowanych krajach dopuszcza się innego rodzaju, ale jednak indoktrynację...
...ale nowe pokolenie dorośnie dopiero za kilkanaście lat, więc gejokraci mają już sposób na dzień dzisiejszy. Jest nim prawo dotyczące "
hate speech" (
języka nienawiści), które to prawo zakłada odpowiedzialność karną za głoszenie poglądów odmiennych od obowiązującej, poprawnej politycznie linii. Dyktatura idei, duktatura jedynie słusznych poglądów. Przekład? Proszę.
W 2004 roku szwedzki pastor Ake Green, podczas homilii na wyspie Oland stwierdził, że homoseksualizm jest dewiacją i "rakowatą naroślą na ciele społeczeństwa", po czym przypomniał historię Sodomy i Gomory. Green został oskarżony o "nawoływanie do nienawiści przeciwko grupie społecznej" i skazany na miesiąc więzienia. W tym wypadku prawo do wolności religijnej i do wolności słowa musiało ustąpić nowemu prawu, immunitetowi homosiów, chroniącym ich przed jakąkolwiek krytyką. Pastor stwierdził, że w Szwecji bardzo mało duchownych wypowiada się na te tematy, ze strachu przed posądzeniem o nietolerancję: "Od lat nie podejmuje się w ogóle tematu grzechu, a szczególnie grzechu czynów homoseksualnych. Chrześcijaństwo w Szwecji dostosowało się do ustawodawstwa państwowego". Szwecja jest w czołówce nie tylko pod względem chronienia homoseksualistów przed krytyką z pomocą prawa karnego. Przoduje również w innych ciekawych (i trochę przerażających) zmianach w normach społecznych, np dotyczących instytucji rodziny. Pozwolę sobie dodać później (w poście trzecim z trzech) kilka słów na temat tego miłego kraju.
Innym znakiem nowych czasów jest wyrok Trybunału Praw Człowieka z 22 stycznia 2008 r., uznającym za niedopuszczalną dyskryminację ze względu na orientację, w procedurze adopcyjnej... czyli, że dyskryminacją lesbijki jest fakt, że nie zgodzono się na adopcję przez nią dziecka, bo jest lesbijką. Cóż,
dotychczas myślałem, że wyłącznym celem adopcji jest dobro dziecka, a możliwość adopcji jest dla rodziców adopcyjnych nie przyrodzonym prawem, ale wymagającym odpowiedzialności przywilejem. Widocznie jednak
Trybunał myśli inaczej. Co więcej wydając taki wyrok Trybunał uzurpuje sobie rolę prawodawczą czyli stara się kreować rzeczywistość prawną. Oto beneficjentem procedury adopcyjnej nie jest dziecko, ale osoba starająca się o adopcję. Francuski organ adopcyjny odmówił lesbijce adopcji z uwagi na brak możliwości stworzenia dziecku rodziny, z obojgiem rodziców, zapewniającej jego stabilny i harmonijny rozwój (nie ujmując niczego osobom samotnie wychowującym dziecko). Francja przed Trybunałem twierdziła, że odmowa adopcji nie była powodowana orientacją seksualną lesbijki, ale dobrem dziecka (dodam, że partnerka lesby miała do adopcji stosunek raczej niechętny). Trybunał wydając wyrok uznał więc prawo samotnej homoseksualistki do adopcji dziecka, wbrew tego dziecka najlepiej pojętemu interesowi, uwzględniając tylko interes homoseksualnej kobiety, tak jakby chodziło o pieska ze schroniska.
Wydawać by się mogło, że
wyrok Trybunału to szczyt bezsensu, gdyby nie to, że kilka tygodni później media doniosły, że w Wielkiej Brytanii
urząd adopcyjny odmówił doświadczonym rodzicom (wychowali czworo własnych dzieci i 18 sierot (!)) prawa do adopcji, ponieważ wykazują oni brak sympatii do homoseksualizmu (!!!). Jak powiedzieli:
"Nie jesteśmy homofobami, ale nie będziemy uczyć dziecka, że to coś dobrego". Państwo Johnson, bo o nich mowa, są członkami Kościoła zielonoświątkowego i homoseksualizm kłóci się z ich wiarą. Czy to homofobia. Święty Augustyn mówił: "Nienawidź grzechu a nie grzeszników" i jeśli Państwo Johnson nie akceptują homoseksualizmu jako zjawiska, nie oznacza to przecież, że w jakikolwiek sposób darzą niechęcią homoseksualistów. Ale to nie przekonało urzędników, powołujących się na ustawodawstwo antydyskryminacyjne, tzw. Equality Act z kwietnia 2007 roku., który zakazuje dyskryminacji z powodu orientacji seksualnej.
Tylko, czy brak sympatii do homoseksualizmu, niechęć do uczenia dzieci że gej jest ok, to dyskryminacja? Nie, dyskryminacją jest w tym momencie postępowanie wobec heteroseksualistów, czyli normalnej i przytłaczającej części społeczeństwa. Według Stephena Greena, redaktora naczelny pisma "The Christian Voice” "
homoseksualizm jest poza wszelką krytyką. Ma być nie tylko akceptowany, ale promowany i afirmowany".
Mamy do czynienia z sytuacją, gdy 2-6% społeczeństwa (bo taki procent wg badań wykazuje skłonności do tej dewiacji) usiłuje narzucić większości nie tylko akceptację swojej odmienności (co jest do przyjęcia), ale żąda (i dzięki poparciu "elyt" realizuje ten cel) czegoś więcej niż akceptacja i równy status. Żąda akceptacji "
bezkrytycznej".
Jaki ma to związek z problemem imigrantów, o których wcześniej pisałem? Otóż, według mnie, taki, że narzucane nowe idee i nowe prawa, które głęboko ingerują w tożsamość europejskich społeczeństw, wywołują wzrastające napięcie. Napięcie to widać obecnie we wzroście niechęci do imigrantów (np. masowe protesty przeciwko budowie kolejnych meczetów w Niemczech), wzroście poparcia dla głoszących anty-imigranckie hasła partii i ruchów społecznych. Czy może się zdarzyć, że partie te kiedyś przejmą władzę? Co zrobią z problemem? Czy jest możliwe, że "obcy" zostaną zapakowani na łódki i odesłani z powrotem przez Morze Śródziemne?
Czy taki wzrost niechęci może być też skierowany przeciwko homoseksualistom? Na razie ludzie siedzą cicho nie chcąc narażać się na etykietkę osoby nietolerancyjnej, nienowoczesnej, oszołoma czy po prostu ciemnego głupka, ale czy stan ten może ulec zmianie....
Sam jestem ciekaw...
P.S. (24.04.2008):

Przeczytałem właśnie na
Onecie, że właściciel serwera zawiesił funkcjonowanie strony, którą prowadził Geert Wilders, lider antyimigracyjnej Partii na rzecz Wolności (PVV). Wilders reklamował tam swój film o islamie, którego emisji odmówiła, pod naciskiem społeczności i państw islamskich, holenderska telewizja.

Czy, gdyby film dotyczył np. "odwiecznej chciwości hierarchii katolickiej", albo demaskowałby Biblię jako źródło nietolerancji i antysemityzmu, i protestowaliby katolicy, holenderska tv również wstrzymałaby emisję? Bardzo wątpię, wtedy na pewno pokazaliby jak cenią wolność słowa.
W swoim komentarzu
Terrorysta wspomniał o rozmowie na ten temat z feministkami. Wszedłem na ten blog o podniosłej nazwie
Bez Jaj (w tytule strony "stopfanatykom") i ujrzałem grupę bardzo tolerancyjnych kobiet, których ideowi antenaci też walczyli z fanatykami: strzelali im w potylicę. Dzielne feministki walczą z zaprzaństwem, seksizmem, antysemityzmem, nie mają niestety ani TT-ek, Parabelek, ani nawet Nagantów.