niedziela, 30 marca 2008

SPOTKANIE W JURACIE - EXCLUSIVE! (reprint)

Przeczytałem dziś niezwykle udanego satyrycznego posta w blogu "PAMIĘTNIK WYWROTOWCA". Powtórzę, (aby nikt nie wpadł na pomysł, żeby powiadamiać CBA, SKW, CBŚ i harcerzy posła Macierewicza), że jest to tekst satyryczny. Jestem pewny, że autor nie miał na celu poniżanie, czy obrażanie kogokolwiek, a w szczególności Prezydenta Lecha Kaczyńskiego lub jego wielce czcigodnego brata Jarosława (ani tym bardziej, nie miał na celu sugerowanie problemów "zdrowotnych" naszych Najwyższych Władz) :) Na pewno autor miał na celu tylko niewinne rozbawienie czytających. W moim przypadku udało Mu się wyśmienicie. Kiedy już wstałem z podłogi i otarłem łzy, postanowiłem, że taka perełka jest warta jak najszerszej publiczności. Oto ona:

Specjalnie dla czytelników mojego bloga relacja z prezydenckiej rezydencji. Krótki zapis tego, co się działo dziś w rezydencji na Helu (nie pytajcie, skąd mam te informacje, ale to tylko fragmenty...). UWAGA - ostre słownictwo, zapis niecenzurowany!

Godzina 16:30

Lech Kaczyński: Długo kazał pan na siebie czekać!

Donald Tusk: A bo powiedział pan, żebym przy końcu korytarza skręcił w lewo i tam będzie toaleta...

LK: Powiedziałem "w prawo".

DT: Nie, powiedział pan "w lewo".

LK: Ja nie mogłem powiedzieć "w lewo", ten kierunek dla mnie nie istnieje!

DT: Ależ zapewniam pana! Mój oficer BOR może to potwierdzić...

LK: A moi dwaj oficerowie BOR potwierdzą co innego - i co? No, ale znalazł pan?

DT: Oj tak - co za ulga... na wodzie tak bujało! I szumiało, szumiało...

LK: To może winka, zanim pogadamy o konkretach?

Godzina 17:00

DT: Panie prezydencie, może zaczniemy już rozmawiać o ratyfikacji...?

LK: Zaraz, zaraz, panie premierze,jeszcze chwilkę.

DT: Ale siedzimy tu już tyle czasu i nic!

LK: Oj, i co z tego? To co - jeszcze po lampce wina?

Godzina 17:27

DT: A właściwie na co czekamy?

LK: Co? A nie, tak sobie... wie pan, ja to nie jestem upoważniony do rozmów z panem w tej sprawie... to może jeszcze po kielonku?

Godzina 17:53

DT: I... i... i... widzisz, Leszek, jak mi ten twój burte... bultel... ten Kurski cały tego dziadka wyciągnął, to myślałem, że go zabiję... mam jeszcze taki pistolet po dziadku, na strychu...

LK: Tajesss... wiesz, Donek, sorry, ja nie wiedziałem, że on tak chlapnie... o, kurde, skończyło się. Podaj kolejną flaszkę...

DT: Ale osssochozzi, na co czekasz? Leszek, na co czekasz?

LK: Ciii... chffffffileczkę, tak?

Godzina 18:07

DT: I proszę ja cię, ta cała Julia, to ona mi mówi, że rozumiesz, mówi mi, że...ale kurde babeczka pierwsza kalsa... no więc nachyla się i mówi, wyobraź sobie...

LK: Ciii, czekaj!

DT: ...mówi mi - a ja już widzę ten warkocz, te oczy... Hej, sokoły!

LK: Oj zamknij się, Donek!

DT: Co jesss?

LK: Motor słyszę. Z quada. Popraw krawat - bedzie gadka.

Godzina 18:13

Jarosław Kaczyński: A co tu się do jasnej kurwy nędzy dzieje!? Co to za popijawa? Co jest?

LK: Oj ciiicho, tak tylko... bo telefonu nie wziąłeś to czekałem...

DT: Ale osochozi, panowie?

JK: Ty się zamknij, dla mnie zabić cię to jak splunąć! A ty Leszek masz przechlapane. Powiem Marysi. I mamie - zobaczysz!

LK: O nie... Jarek, proszę...

JK: Nie ma no mercy. Coście ustalili opoje?

DT: No właśnie nic, bo z panem prezydentem...

JK: Pozwoliłem ci gadać? Gdzie jest mój mały pistolecik? Brata pytam, tak? Ty, ty... ty internauto ty!

DT: OK, sorry...

LK: No nic nie ustaliliśmy, bo... teges, no... no nie było się jak do ciebie dodzwonić...

JK: A po co? Wiesz przecież, że mówię "nie" i już.

LK: No, ale Donek... znaczy pan premier to chciał tak oficjalnie, porozmawiać...

JK: Toteż mu rozmawiam, że nie i już!

LK: Ale weź choć chwilkę mu poświęć... specjalnie ty przypłynął?

JK: Wpław?

LK: Nie, no łódką... hihi, łódką - kumasz Donek. Łódka - wódka, hihi...

JK: Cisza! Ty, premier - jaką łódką?

DT: No, taką małą... a bujało...

JK: Eee, to szacunek... wiesz - ja to na skuterze wolę - wiesz, czuję wtedy taką wolność! A którędy płynęliście?

LK: To może po lampce do rozmowy?

Godzina 18:49

DT: I widzisz Jarek - mi to tak kazali cię o tę cebulę pytać. Ja sam kurde nie wiedziałem!

JK: A teraz mnie to wali, że Ty mnie sorry.

Godzina 18:52

DT: No i, no i...?

JK: A fujara mu się majtała do kolan..

DT: Hahahaha!

LK: Hahahaha!

JK: Hahahaha!

Godzina 18:58

DT: O kurde, panowie - a co z Lizboną?

JK: Mnie tu kurwa wcale nie było, ok? Się zgadzam na wszystko, ale mnie tu nie było! Przecież jak to wypłynie to mnie ta cholerna inteligencja zje z butami...

DT: A to zajebiście! Leszek, a konferencja dla prasy? Powiesz im to?

LK: Chrrrr...

DT: Leszek? Leszek! Nosz kurde... Ja im tego nie powiem - napruty jestem jak stodoła...

JK: Spoko - przekimasz się i rano będzie git. Ale pamiętaj - mnie tu nie było!

Spotkanie Prezydenta z Premierem trwało dłużej, niż zaplanowali to obaj. Obaj także odwołali zapowiadane konferencja prasowe. Spotkanie podobno przebiegało w przyjaznej atmosferze.

Jeśli tekst Wam się podobał, możecie go skomentować na blogu autora.

piątek, 21 marca 2008

Sympatia nakazana prawem cz. I

Latet anguis in herba
Wergiliusz, Eklogi

Wielki Piątek jest dniem żałoby, zadumy i skupienia (przynajmniej dla chrześcijan), na pamiątkę Męki Pańskiej. W tym dniu postanowiłem zadumać się nad pewnym kontrowersyjnym tematem, w którym widzę znak powolnego upadku naszej cywilizacji. Pocieszające jest tylko to, że po upadku można mieć nadzieję na Odrodzenie. Kwintesencja wiary.

Nie dajcie się zwieść pierwszemu wrażeniu, będzie o homoseksualistach, a konkretnie o zmianach w postrzeganiu tego zjawiska w społeczeństwach europejskich i o możliwych zagrożeniach jakie może to przynieść w przyszłości. Zastrzegam, że nie ma we mnie płochej nietolerancji dla homosiów, nie czuję do nich nienawiści. W sumie nie czuję do nich nic, ich istnienie jest mi zupełnie obojętne. Ponieważ granicą wolności osobistej człowieka są granice wolności innych osób, czuję się w obowiązku napisać o zjawisku, które mojej osobistej wolności zagraża. Zagrożeniem tym nie są homoseksualiści, ale negatywne zmiany narzucane społeczeństwu przez lobby pro-homoseksualne i lewicowe "elyty".

W latach 70tych borykająca się z efektami niżu demograficznego i skutkami dynamicznego wzrostu gospodarczego ("klęska urodzaju"?) Europa otworzyła się na napływ imigrantów, mający dać gospodarce tak potrzebne "ręce do pracy". Zresztą nie był to jedyny kanał przez który do Europy napływała ludność o odmiennej od europejskiej kulturze... azylanci, repatrianci, ludność z dawnych kolonii..., kto tylko mógł walił do nas "drzwiami i oknami", przynosząc jako bagaż swoją kulturę, etykę i moralność. A Europa... Europa praktycznie "od zawsze" jako swój fundament uznawała zasady humanizmu, Liberté, Égalité, Fraternité i wyprowadzała z nich podstawy zachowań wobec kultur wnoszonych na europejski "rynek" przez imigrantów. Podjęto wprawdzie dość niemrawe działania mające na celu integrację imigrantów z resztą społeczeństwa, ale efekty tych działań były mniej niż zadowalające. W tym czasie lewica, której liderzy ukształtowani wydarzeniami '68, tudzież wykształceni w będących bastionami lewicy ośrodkach uniwersyteckich, rozpoczęli zdecydowaną politykę wobec imigrantów, polegającą na bezkrytycznej tolerancji dla ich odmienności kulturowej (co nawet dziś objawia się w haśle "Jedność w różnorodności"). Pobudowano im mieszkania, które szybko zmieniły się w hermetyczne getta. Zapewniono niesamowicie bogaty pakiet pomocy socjalnej, w postaci dodatków mieszkaniowych, zasiłków, bonów na żywność przez, co dano możliwość względnego dobrobytu bez konieczności podjęcia jakiejkolwiek pracy, co więcej zerwano związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy pracą a dochodem (ciekawego posta w tym temacie napisał w swoim blogu Chociaj), wdrażając chyba marksistowskie "każdemu według jego potrzeb". Jednocześnie imigrantom w sukurs przyszły lansowanie "poprawności politycznej" i tolerancji (w jej najszerszym zakresie) mającej wprowadzić wielokulturową i wieloetniczną jedność. Tymczasem stworzono potworka nad którym stracono panowanie.

W superlaickiej Francji, gdzie księża nie spowiadają wiernych, ponieważ tajemnica spowiedzi nie podlega ochronie prawnej, zaczęto wprowadzać ustępstwa wobec społeczności muzułmańskiej poprzez akceptację nieobecności uczniów lub nieodrobionych zadań domowych podczas Ramadanu, dostosowanie menu w stołówkach szkolnych do wymogów religijnych czy choćby uznanie przez państwo świąt religijnych, czy wreszcie akceptacja chust noszonych przez muzułmanki (choć z tego zrezygnowano).
W niezwykle tolerancyjnej Holandii, gdzie wcale nie prowadzono żadnych działań mających na celu asymilację imigrantów, prawo gwarantuje możliwość tworzenia finansowanych przez państwo własnych instytucji: oddzielnej opieki medycznej, oddzielnej edukacji czy oddzielnych mediów.

Do czego doprowadziła tak "wspaniała" polityka mogliśmy zobaczyć na wielu przykładach:
- obywatelskiej postawy młodych imigrantów z podparyskich dzielnic w 2005 i 2007 roku,
- można też wspomnieć o pełnej tolerancji postawie jaką zaprezentowała społeczność muzułmańska po publikacji karykatur Mahometa przez "Jyllands-Posten" we wrześniu 2005 roku (autor do tej pory jest chroniony), gdy imam kopenhaskiego meczetu podżegał do zamieszek wołając (za Wikipedią): "Nie będziemy tego tolerować! Jeśli to jest demokracja, nie zgadzamy się na demokrację!". W 250-tysięcznym Aarhus bandy młodocianych pojawiły się w dzielnicy Rosenhoj, gdzie podpalały samochody, sklepy, rzucały cegłami w okna domów. To za proroka Mahometa! Nie będziemy tolerować tego, co zrobiła mu "Jyllands-Posten"!
- w Londynie, w lutym 2006 roku z tego samego powodu pokojowo protestowała grupa islamistów (część obwieszona imitacjami ładunków wybuchowych), niosąc hasła: "Europo, twój 11 września nadejdzie, Masakra dla tych, którzy znieważają islam"
... a to tylko bardziej spektakularne, medialne przykłady. Już się nawet nie mówi o np. dokonywaniu przez afrykańskich przybyszy we Francji, wynikającego właśnie z odmienności kulturowej okrutnego, nieludzkiego okaleczania młodych kobiet (często dzieci) zwanego nie wiedzieć czemu "obrzezaniem". Nie mówi się też o "honorowych" zabójstwach i ogólnym złym traktowaniu kobiet w społecznościach muzułmańskich. Stracił nośność temat islamskich duchownych nawołujących do świętej wojny i indoktrynujących przyszłych zamachowców w ośrodkach religijnych i "kulturalnych" finansowanych z publicznej kasy. Kim byli zamachowcy w Londynie? Czyż nie "zasymilowanymi" potomkami imigrantów?

Chore drzewo zatruty wydaje owoc.

Nic więc dziwnego, że w społeczeństwach europejskich zaczyna wzbierać fala niechęci wobec "obcych" kulturowo, niechcących się zasymilować przybyszy. Coraz więcej ludzi postrzega imigrantów za zagrożenie dla ich własnej tożsamości. Ciekawe, co czuł przeciętny Niemiec słysząc premiera Turcji grzmiącego o potrzebie stworzenia tureckich szkół dla wielomilionowej rzeszy Turków mieszkających w Niemczech (nie będą przecież chodzić do Niemieckich), ciekawe, co pomyślał słysząc o planach wprowadzenia do szkół "lekcji o islamie". Ciekawe, czy ucieszył się słysząc, że w jego sąsiedztwie stanie największy w Europie meczet a jego samego, co rano, będzie budziło wycie muezina. Ciekawe...
... a miało być tak pięknie różne kolory skóry, różne religie, różne kultury wymieszane w europejskim tyglu miały stworzyć poprawne politycznie i tolerancyjne społeczeństwo jutra. Plan z góry skazany na niepowodzenie, jak wiele innych projektów lewicy. Eksperymenty społeczne których prekursorem był Lenin i Stalin (wielkim grzechem zachodniej lewicy była irracjonalna sympatia do ZSRR) i ich następcy, Kim Ir Sen czy Pol Pot, niczego lewicy nie nauczyły. Święcie przekonana o słuszności swoich racji wykazuje zdumiewającą tendencję do usunięcia z przestrzeni debaty publicznej "nieprawomyślnych" poglądów. I to się udaje.

Od dziesięcioleci na społeczeństwa jest wywierany subtelny, delikatny ale stały nacisk mających trwale zmienić postawy społeczne (taki mały Novus Ordo Seclorum). Nacisk jest wywierany przez użycie narzędzi psychologii społecznej, takich jak używanie autorytetów do lansowania nowych idei, a później, gdy już zakiełkują proces sam się nakręca, za przyczyną społecznego dowodu słuszności ("skoro tak wielu "mądrych" ludzi to popiera, to coś jest na rzeczy"). Pod hasłami walki o sekularyzację, budowy nowego społeczeństwa przebudowuje się sposób postrzegania przez Europejczyków zjawisk społecznych, zmienia się ich postawy moralne i etyczne, szczególnie te niesione przez religie chrześcijańskie. Na przestrzeni kilku dziesięcioleci runęła w pył instytucja małżeństwa, prawo rodziców do kształtowania postaw dzieci, rozluźnieniu uległy więzy międzypokoleniowe (jak często przeciętny dorosły Anglik widuje swoich rodziców... albo dziadków?), aborcja stała się zabiegiem wymagającym mniej wysiłku (i tańszym) niż wizyta u dentysty. Oczywiście nie wszystko jest dziełem lewicy. Gdybym to zasugerował wpisałbym się w poczet zwolenników spiskowej teorii dziejów i szatańskiego spisku masonów, iluminatów i cyklistów. Sytuacja, jak wszystko w życiu, jest bardziej skomplikowana. Część zmian jest oczywiście wynikiem globalizacji, czy bogacenia się społeczeństw, albo przedkładania kariery nad życie rodzinne, jednak wpływ idei lewicowych, zwłaszcza wyrażanych przez środowiska opiniotwórcze jest niezaprzeczalny.

Podobnie też mężczyźni zaniechali przyrodzonego obcowania z kobietą, zapałali jedni ku drugim żądzą, mężczyźni z mężczyznami popełniając sromotę i ponosząc na sobie samych należną za ich zboczenie karę.
Biblia Warszawska, List do Rzymian 1:27

W pejzaż tych zjawisk wpisuje się oczywiście zmiana stosunku do homoseksualistów. Homoseksualizm, kiedyś autentycznie przyczyna dyskryminacji, przez medycynę uważany za dewiację, stopniowo przestawał być uważany za chorobę a stawał się równorzędną z heteroseksualizmem opcją. W 1993 WHO stwierdził, że ""orientacja seksualna nie może być rozpatrywana jako zaburzenie". Wzrastał poziom tolerancji dla osób o odmiennej orientacji, chodzi oczywiście o tolerancję społeczną, bowiem jeśli chodzi o prawo, w nowoczesnej Europie, nigdy nie było dyskryminacji w tym względzie. W końcu "wszyscy są równi wobec prawa" a regulacje prawne w takim samym stopniu chronią homoseksualistów (zakaz dyskryminacji), jak pond 90% heteroseksualistów. Czy równy status wystarczył? Nie. Czy wystarczyło prawo do zawierania związków partnerskich, potem małżeństw, w niektórych krajach nawet prawo do adopcji dzieci. Nie. Powstał homoseksualizm ideologiczny, tak ściśle związany ze środowiskami lewicowymi, że nie wiadomo, kto kim kręci. Przejawia on zadziwiająco duże wpływy (może z racji swojej "hałaśliwości"), ciągle tokując jak to ciężko jest być homosiem w nietolerancyjnym społeczeństwie i potrzeba zmian, zmian, więcej zmian, aby taki pożałowania godny stan rzeczy zmienić. Homosiowym aktywistom nie chodzi już o równość praw, teraz celem ich walki jest powszechna afirmacja ich stylu życia. Chcą zmienić tolerancję w akceptację, czy nawet poparcie dla ich upodobań. Chcą zabezpieczyć swoje pozycje tworząc nowego człowieka, homo novus (wybacz starożytny Rzymie), poprzez pro-homoseksualną indoktrynację od najwcześniejszych lat życia dziecka. Mają temu służyć wdrażana w holenderskich, szwedzkich czy amerykańskich podstawówkach programy wychowawcze. W Holandii trwa również promocja "rodzin" homoseksualnych w telewizyjnych programach młodzieżowych. Jedna z autorek takiego programu wyłuszczyła jego cele: "Chcieliśmy się przyczynić do szerzenia tolerancji między najmłodszymi dziećmi. Pokazać im w atrakcyjnej, przemawiającej do nich formie, że homoseksualne małżeństwa to coś pozytywnego, z czym coraz częściej będą się stykać". Brawa za szczerość. Jak rozumiem poglądy rodziców na ten temat nie mają najmniejszego zdarzenia. Wyobraźcie sobie, gdyby w szkole czy w programach dla najmłodszych zaczęto sączyć dzieciom rydzyjkową propagandę. Ja bym się wk......wił, nie żyjemy przecież w teokracji (i to w wersji Tadea), dlaczego więc w tak cywilizowanych krajach dopuszcza się innego rodzaju, ale jednak indoktrynację...

...ale nowe pokolenie dorośnie dopiero za kilkanaście lat, więc gejokraci mają już sposób na dzień dzisiejszy. Jest nim prawo dotyczące "hate speech" (języka nienawiści), które to prawo zakłada odpowiedzialność karną za głoszenie poglądów odmiennych od obowiązującej, poprawnej politycznie linii. Dyktatura idei, duktatura jedynie słusznych poglądów. Przekład? Proszę.

W 2004 roku szwedzki pastor Ake Green, podczas homilii na wyspie Oland stwierdził, że homoseksualizm jest dewiacją i "rakowatą naroślą na ciele społeczeństwa", po czym przypomniał historię Sodomy i Gomory. Green został oskarżony o "nawoływanie do nienawiści przeciwko grupie społecznej" i skazany na miesiąc więzienia. W tym wypadku prawo do wolności religijnej i do wolności słowa musiało ustąpić nowemu prawu, immunitetowi homosiów, chroniącym ich przed jakąkolwiek krytyką. Pastor stwierdził, że w Szwecji bardzo mało duchownych wypowiada się na te tematy, ze strachu przed posądzeniem o nietolerancję: "Od lat nie podejmuje się w ogóle tematu grzechu, a szczególnie grzechu czynów homoseksualnych. Chrześcijaństwo w Szwecji dostosowało się do ustawodawstwa państwowego". Szwecja jest w czołówce nie tylko pod względem chronienia homoseksualistów przed krytyką z pomocą prawa karnego. Przoduje również w innych ciekawych (i trochę przerażających) zmianach w normach społecznych, np dotyczących instytucji rodziny. Pozwolę sobie dodać później (w poście trzecim z trzech) kilka słów na temat tego miłego kraju.

Innym znakiem nowych czasów jest wyrok Trybunału Praw Człowieka z 22 stycznia 2008 r., uznającym za niedopuszczalną dyskryminację ze względu na orientację, w procedurze adopcyjnej... czyli, że dyskryminacją lesbijki jest fakt, że nie zgodzono się na adopcję przez nią dziecka, bo jest lesbijką. Cóż, dotychczas myślałem, że wyłącznym celem adopcji jest dobro dziecka, a możliwość adopcji jest dla rodziców adopcyjnych nie przyrodzonym prawem, ale wymagającym odpowiedzialności przywilejem. Widocznie jednak Trybunał myśli inaczej. Co więcej wydając taki wyrok Trybunał uzurpuje sobie rolę prawodawczą czyli stara się kreować rzeczywistość prawną. Oto beneficjentem procedury adopcyjnej nie jest dziecko, ale osoba starająca się o adopcję. Francuski organ adopcyjny odmówił lesbijce adopcji z uwagi na brak możliwości stworzenia dziecku rodziny, z obojgiem rodziców, zapewniającej jego stabilny i harmonijny rozwój (nie ujmując niczego osobom samotnie wychowującym dziecko). Francja przed Trybunałem twierdziła, że odmowa adopcji nie była powodowana orientacją seksualną lesbijki, ale dobrem dziecka (dodam, że partnerka lesby miała do adopcji stosunek raczej niechętny). Trybunał wydając wyrok uznał więc prawo samotnej homoseksualistki do adopcji dziecka, wbrew tego dziecka najlepiej pojętemu interesowi, uwzględniając tylko interes homoseksualnej kobiety, tak jakby chodziło o pieska ze schroniska.

Wydawać by się mogło, że wyrok Trybunału to szczyt bezsensu, gdyby nie to, że kilka tygodni później media doniosły, że w Wielkiej Brytanii urząd adopcyjny odmówił doświadczonym rodzicom (wychowali czworo własnych dzieci i 18 sierot (!)) prawa do adopcji, ponieważ wykazują oni brak sympatii do homoseksualizmu (!!!). Jak powiedzieli: "Nie jesteśmy homofobami, ale nie będziemy uczyć dziecka, że to coś dobrego". Państwo Johnson, bo o nich mowa, są członkami Kościoła zielonoświątkowego i homoseksualizm kłóci się z ich wiarą. Czy to homofobia. Święty Augustyn mówił: "Nienawidź grzechu a nie grzeszników" i jeśli Państwo Johnson nie akceptują homoseksualizmu jako zjawiska, nie oznacza to przecież, że w jakikolwiek sposób darzą niechęcią homoseksualistów. Ale to nie przekonało urzędników, powołujących się na ustawodawstwo antydyskryminacyjne, tzw. Equality Act z kwietnia 2007 roku., który zakazuje dyskryminacji z powodu orientacji seksualnej. Tylko, czy brak sympatii do homoseksualizmu, niechęć do uczenia dzieci że gej jest ok, to dyskryminacja? Nie, dyskryminacją jest w tym momencie postępowanie wobec heteroseksualistów, czyli normalnej i przytłaczającej części społeczeństwa. Według Stephena Greena, redaktora naczelny pisma "The Christian Voice” "homoseksualizm jest poza wszelką krytyką. Ma być nie tylko akceptowany, ale promowany i afirmowany".

Mamy do czynienia z sytuacją, gdy 2-6% społeczeństwa (bo taki procent wg badań wykazuje skłonności do tej dewiacji) usiłuje narzucić większości nie tylko akceptację swojej odmienności (co jest do przyjęcia), ale żąda (i dzięki poparciu "elyt" realizuje ten cel) czegoś więcej niż akceptacja i równy status. Żąda akceptacji "bezkrytycznej".
Jaki ma to związek z problemem imigrantów, o których wcześniej pisałem? Otóż, według mnie, taki, że narzucane nowe idee i nowe prawa, które głęboko ingerują w tożsamość europejskich społeczeństw, wywołują wzrastające napięcie. Napięcie to widać obecnie we wzroście niechęci do imigrantów (np. masowe protesty przeciwko budowie kolejnych meczetów w Niemczech), wzroście poparcia dla głoszących anty-imigranckie hasła partii i ruchów społecznych. Czy może się zdarzyć, że partie te kiedyś przejmą władzę? Co zrobią z problemem? Czy jest możliwe, że "obcy" zostaną zapakowani na łódki i odesłani z powrotem przez Morze Śródziemne?
Czy taki wzrost niechęci może być też skierowany przeciwko homoseksualistom? Na razie ludzie siedzą cicho nie chcąc narażać się na etykietkę osoby nietolerancyjnej, nienowoczesnej, oszołoma czy po prostu ciemnego głupka, ale czy stan ten może ulec zmianie....
Sam jestem ciekaw...

P.S. (24.04.2008): Przeczytałem właśnie na Onecie, że właściciel serwera zawiesił funkcjonowanie strony, którą prowadził Geert Wilders, lider antyimigracyjnej Partii na rzecz Wolności (PVV). Wilders reklamował tam swój film o islamie, którego emisji odmówiła, pod naciskiem społeczności i państw islamskich, holenderska telewizja.
Czy, gdyby film dotyczył np. "odwiecznej chciwości hierarchii katolickiej", albo demaskowałby Biblię jako źródło nietolerancji i antysemityzmu, i protestowaliby katolicy, holenderska tv również wstrzymałaby emisję? Bardzo wątpię, wtedy na pewno pokazaliby jak cenią wolność słowa.
W swoim komentarzu Terrorysta wspomniał o rozmowie na ten temat z feministkami. Wszedłem na ten blog o podniosłej nazwie Bez Jaj (w tytule strony "stopfanatykom") i ujrzałem grupę bardzo tolerancyjnych kobiet, których ideowi antenaci też walczyli z fanatykami: strzelali im w potylicę. Dzielne feministki walczą z zaprzaństwem, seksizmem, antysemityzmem, nie mają niestety ani TT-ek, Parabelek, ani nawet Nagantów.

środa, 12 marca 2008

Dirty Jarek

Prezes PiS Jarosław Kaczyński, w opinii swoich zwolenników wprawdzie postury nikczemnej, ale intelektu wielkiego, postanowił podzielić się światłem swojego rozumu z tłumami spragnionymi jego mądrości. Wypowiedział się na temat głosowania w wyporach za pośrednictwem internetu. Cytat z wywiadu, który wódz udzielił dla organu swojej partii: "Nie jestem entuzjastą tego, żeby sobie młody człowiek siedział przed komputerem, oglądał filmiki, pornografię, pociągał z butelki z piwem i zagłosował, gdy mu przyjdzie na to ochota", to definicja młodego człowieka wg Jara vel Gajowy Narucha: browar, porno, filmiki i zaangażowanie polityczne.
I to jakie zaangażowanie...: "Wiadomo, kto ma przewagę w internecie i kto się nim posługuje. Tą grupą najłatwiej manipulować, sugerować, na kogo ma zagłosować". Najciekawsze , że jest to kontynuacja wiekopomnej powyborczej myśli Kaczyńskiego, kiedy raczył stwierdzić, że przyczyną porażki PiS jest to, że za dużo ludzi zagłosowało, szczególnie młodych, którzy mają za małe doświadczenie, aby zagłosować "dobrze".

Życie Kaczyńskiego jest tak oderwane od obiektywnej rzeczywistości, że musi on ją postrzegać jak my np. "Opowieści z Narni" albo "Złoty Kompas". Wychował się w otoczeniu składającym się z mamy, kota i brata. Teraz została mu tylko mama i kot. Może właśnie dlatego pragnie obecności oficerów BOR u swojego boku, walczy z samotnością, a przy tym to tacy przystojni młodzieńcy :) Jego urojenia przybrały tak niebotyczne rozmiary, w ramach pragmatyzmu politycznego wciska ludziom dyrdymały, w które sam nie wierzy, jego wypowiedzi dziwnie przypominają mi teksty o "wężach i mrówkach" z jakiegoś filmu (scenka w "psychuszce") i tylko żal tych, dla których Kaczyński to geniusz Tatr i ojciec narodu (choć nazywać ojcem człowieka, dla którego reprodukcja jest chyba zbyt obrzydliwa, aby się nią parał).


Dziś Pan Jarosław na zwołanej konferencji prasowej raczył stwierdzić: "Przeszedłem się nocą po bibliotece uniwersyteckiej. Patrzyłem, co młodzi ludzie mają na ekranach komputerów. Domyślcie się, co tam widziałem". Nasuwają się pewne pytania:
- Po co Kaczyński przechadza się nocą po bibliotece?
- Po co obserwuje młodzież?
- Czy obserwuje kobiety czy mężczyzn?
- W jakim celu to robi?
Apeluję do młodzieży, korzystającej z BUW: gdy opuszczacie bibliotekę, róbcie to w większych grupach. Nigdy nie wychodźcie sami, tam w mroku może się czaić Dirty Jaro.
Strach się bać.

Następny post będzie o świcie tyranii homosiów w UE.

piątek, 7 marca 2008

Przypadek Jasia

Dziś usłyszałem w TV, że matka chorego na mukowiscydozę Pawełka (w mediach nazywanego Jasiem) odczuła nagle przypływ gorących uczuć rodzicielskich i z chęcią podjęłaby się wychowywania nieuleczalnie chorego dziecka, które od kilku dni jest obywatelem Rzeczpospolitej Polskiej. Pod jednym wszakże warunkiem: chce "dziengi" i "kwartiru". O prawie pobytu lub obywatelstwie polskim dla siebie, ta przebywająca w Polsce od 12 lat nielegalna emigrantka nie wspomniała, widocznie przez zapomnienie.

Kilka słów o historii Pawełka... Białorusinka, matka trójki dzieci rodzi bliźniaki. Już przed porodem decyduje, że nie będzie potrafiła zapewnić im odpowiednich warunków, chce je pozostawić w szpitalu. Chłopcy rodzą się dwa miesiące przed terminem. Jedno, Piotruś umiera po 30. dniach, drugie przeżywa mimo zachłystowego zapalenia płuc. Lekarze diagnozują mukowiscydozę, nieuleczalną chorobę objawiającą produkcją ogromnych ilości nadmiernie lepkiego śluzu (który trzeba mechanicznie usuwać nawet kilka razy dziennie) i co za tym idzie skłonnością do zapalenia oskrzeli i płuc, niedodmą płucną, niewydolnością części zewnątrzwydzielniczej trzustki i innymi groźnymi objawami. Mukowiscydozę, której leczenie jest bardzo kosztowne, a NFZ jak to ma w zwyczaju, zamiast zwiększyć poziom finansowania leczenia szpitalnego, zamiast refundować leki, zamiast refundować potrzebne odżywki , zamiast robić to do czego go stworzono... cóż, NFZ robi to co zwykle. G.... Zresztą o "miłosierdziu" NFZ pisałem już w poście "Nihil est tam angusti animi quam amare divitias". Mogłoby się wydawać, że ludzie odpowiedzialni za finansowanie służby zdrowia kompletnie pozbawieni są uczuć wyższych.


Matka zrzeka się praw rodzicielskich (niestety z powodu błędów formalnych, zrzeczenie jest bezskuteczne). Pawełek trafił do rodziny zastępczej, w osobie pewnej 24-latki, która jednak po upływie miesiąca zrezygnowała z tego obowiązku. W między czasie o Pawełka upomniał się konsul Białorusi, który chciał przekazania dziecka na ojczyzny łono celem umieszczenia go w "psychuszce". Sąd dziecko przekazał. Kto wie, jaki byłby dalszy los chłopca (założę się, że nieciekawy), gdyby nie to, że zgłosił się mężczyzna, który oświadczył, że to jego dziecko. Dzięki temu Pawełek mógł otrzymać polskie obywatelstwo, co oddaliło od niego niebezpieczeństwo deportacji.

Wydawać by się mogło, że Pawełek znajdzie w końcu bezpieczną przystań w rodzinie adopcyjnej, która da mu odpowiednią opiekę i bezpieczeństwo, wyzwalając go z oków niepewnego losu, w których przebywa od urodzenia. Wydawało się, że chłopiec znajdzie w końcu szczęście na które zasługuje... na które zasługuje każde dziecko...
... i nagle w tą majaczącą na horyzoncie idyllę, wcina się z impetem biologiczna matko dziecka. Nie neguję jej przeszłych uczynków w interesie chłopca. Pozostawienie go w szpitalu, by miał szansę na lepsze życie niż ona mogła zapewnić; zeznanie przed prokuratorem, że ojciec dziecka jest Polakiem, aby zablokować deportację; w końcu zgoda na umieszczenie Polaka, jako ojca dziecka w akcie urodzenia (matka musi się zgodzić, tylko w małżeństwie istnieje domniemanie) - wszystko to można uznać za działanie na korzyść Pawełka. Niestety, obecne (trochę za późne) przebudzenie uczuć macierzyńskich, za działanie na korzyść dziecka żadną miarą uznać nie można. Co więcej, można to uznać za przejaw interesowności. Można pomyśleć, że kobieta ujrzała szansę ustawienia sobie życia w Polsce, dzięki opiece nad chorym synem, o którym usłyszała cała Polska. Bardzo, bardzo, baaardzo chętnie zajęłaby się opieką nad synem, ale potrzebne są pieniądze, potrzebne jest mieszkanie... Takie zainteresowanie jest niebezpieczne, bo matka wciąż posiada prawa rodzicielskie). Dalszy los Pawełka jest w rękach sądu rodzinnego. Mam nadzieję, że weźmie pod uwagę tylko dobro dziecka, a nie zapewnienia matki, że coś jej w duszy zadrgało.

Sąd może (a raczej powinien) wydać tylko jedną decyzję. Pozbawienie matki praw rodzicielskich (domniemany ojciec biologiczny zrzekł się sam) i umożliwienie zakończenia w jak najszybszym tempie procedury adopcyjnej. Sąd powinien definitywnie zakończyć okres niepewności w życiu Pawełka i dać mu żyć... Po prostu...

Swoją drogą, jak to możliwe, że przebywająca w Polsce nielegalna emigrantka, nawet pomimo ogromnego nagłośnienia jej osoby, uszła uwadze służb imigracyjnych? Drogie służby, czyż "nielegalów" nie deportuje się do kraju pochodzenia? A może tak czekalibyście na tą Panią pod sądem. Była w Polsce 12 lat i chyba wystarczy, czas, aby pomieszkała troszeczkę w swojej ojczyźnie...
Pani Iwanowa, czas wracać ! Niech się pani nie martwi o dziecko - w nowej ojczyźnie znajdzie dom.

wtorek, 4 marca 2008

IGNORANTIA IURIS NOCET

Napisałem kiedyś notkę na temat przeprowadzenia kontroli osobistej prymasa Glempa na lotnisku. Ponieważ nieoceniony robot indeksujący Google zindeksował treść, na moją stronę trafia sporo osób, które szukały w wyszukiwarce informacji na ten temat. Ponieważ jestem miłym, uczynnym człowiekiem, postanowiłem popełnić notkę w tym temacie. Mam nadzieję, że będzie pomocna (za ewentualne błędy przepraszam), bo niewiedza szkodzi bardziej, niż wiedzy nadmiar.

KONTROLA OSOBISTA WYKONYWANA PRZEZ FUNKCJONARIUSZY POLICJI

Z oczywistych względów Policja ma prawo wykonać czynność kontroli osobistej, ale nie jest to prawo nieograniczone. Uprawnienia policjanta w tym zakresie reguluje Rozporządzenie Rady Ministrów z dnia 17 września 1990 r. w sprawie trybu legitymowania, zatrzymywania osób, dokonywania kontroli osobistej oraz przeglądania bagaży i sprawdzania ładunku przez policjantów, które mówi, że "Policjanci w toku wykonywania czynności operacyjno-rozpoznawczych, dochodzeniowo-śledczych i administracyjno-porządkowych, podejmowanych w celu rozpoznawania, zapobiegania i wykrywania przestępstw i wykroczeń oraz wypełniania poleceń sądu, prokuratora, organów administracji rządowej i samorządu terytorialnego, zwanych dalej "czynnościami służbowymi", mają prawo... dokonywania kontroli osobistej, a także przeglądania zawartości bagaży i sprawdzania ładunku w portach i na dworcach oraz w środkach transportu lądowego, powietrznego i wodnego, w razie istnienia uzasadnionego podejrzenia popełnienia czynu zabronionego pod groźbą kary". Szczegółowe ustalenia zawiera rozdział 4 niniejszego Rozporządzenia, więc pozwolę sobie przytoczyć fragment:

"§ 15. 1. Policjant ma prawo dokonać kontroli osobistej w razie istnienia uzasadnionego podejrzenia popełnienia przez osobę poddawaną kontroli czynu zabronionego pod groźbą kary, gdy kontrola ma na celu zabezpieczenie lub ujawnienie dowodów albo rzeczy mających związek z realizacją czynu zabronionego.
2. Osoba, która ma być poddana kontroli osobistej, może żądać obecności przy tej czynności osoby wskazanej przez siebie oraz osoby przybranej przez prowadzącego czynności, jeżeli obecność tych osób nie utrudni lub nie uniemożliwi dokonania kontroli.

§ 16. Kontroli osobistej powinno się dokonywać w miarę możliwości za pośrednictwem osób tej samej płci, w pomieszczeniu niedostępnym na czas kontroli dla osób postronnych.

§ 17. 1. Przeglądanie zawartości bagażu lub sprawdzanie ładunku znajdującego się w portach, na dworcach oraz w środkach transportu lądowego, wodnego i powietrznego przeprowadza się w obecności właściciela bagażu lub ładunku albo przedstawiciela przewoźnika lub spedytora, a gdy jest to niemożliwe - w obecności osoby przybranej przez policjanta.
2. Przeglądanie zawartości bagażu lub sprawdzania ładunku przyjętego do przewozu dokonuje się wyłącznie w obecności przedstawiciela przewoźnika lub spedytora, z zastrzeżeniem ust. 3.
3. W razie nieobecności właściciela, przewoźnika lub spedytora, przeglądania zawartości bagażu lub sprawdzania ładunku dokonuje się, gdy z ustaleń Policji wynika, że zwłoka może spowodować zagrożenie dla życia, zdrowia ludzkiego lub mienia."

Z przytoczonych przepisów jasno wynika, że przeprowadzenie kontroli osobistej nie może być wynikiem widzimisię kontrolującego funkcjonariusza, powodem nie może być też podejrzany wyraz twarzy osoby kontrolowanej. Jedynym powodem, który dopuszcza rozporządzenie jest istnienie uzasadnionego podejrzenia popełnienia przez osobę poddawaną kontroli czynu zabronionego. Nic dodać, nic ując. Ponadto, policjant przystępując do czynności musi podać osobie kontrolowanej stopień, imię i nazwisko (w przypadku policjantów nieumundurowanych, okazać też legitymację służbową w taki sposób, aby zainteresowany miał możliwość odczytać i zanotować nazwisko policjanta i nazwę organu, który wydał legitymację), a także podać podstawę prawną oraz przyczynę podjęcia czynności służbowej. Jeśli wyda wam się, że przyczyna była naciągana, macie gotowy powód do złożenia skargi, a nawet powiadomienia prokuratora o podejrzeniu przekroczenia uprawnień. Nie żyjemy, przecież w państwie policyjnym - wizyty o świcie (pod złym adresem), uszkodzenie zatrzymywanego (nie tego, co trzeba) i pobicie jego żony, są na szczęście ewenementem a nie normą. Choć to oczywiście żadne pocieszenie dla tych, którym Policja zrobiła przez pomyłkę "jesień średniowiecza".
Wracając do kontroli osobistej... bardzo ważnym jest zapis o tym, że kontrola ma być przeprowadzana przez osobę tej samej płci w pomieszczeniu niedostępnym dla osób postronnych. Nie będzie miał więc uzasadnienia fakt kontroli osobistej kobiety przez miłego Pana Policjanta na oczach uradowanej gawiedzi... chyba, że musi być przeprowadzona niezwłocznie, w szczególności ze względu na zagrożenie dla życia, zdrowia ludzkiego lub mienia. Cóż... wyższa konieczność.
Jeśli chodzi o kontrolę osobistą dokonywaną przez funkcjonariuszy innych służb np. ABW, Straży Granicznej, AW - podobne uprawnienia, zmieniają się tylko podstawy prawne.

KONTROLA OSOBISTA WYKONYWANA PRZEZ PRACOWNIKÓW OCHRONY
NIE MA TAKIEJ MOŻLIWOŚCI

Prawne aspekty ochrony reguluje Ustawa z dnia 22 sierpnia 1997 r. o ochronie osób i mienia (Dz. U. Nr 114, poz. 740). Artykuł 36. tej Ustawy jasno precyzuje jakie uprawnienia ma pracownik ochrony (mówiąc "pracownik ochrony" mam oczywiście na myśli pracownika licencjonowanego). Artykuł ten ma brzmienie:

Art. 36. Pracownik ochrony przy wykonywaniu zadań ochrony osób i mienia w granicach chronionych obiektów i obszarów ma prawo do:
1) ustalania uprawnień do przebywania na obszarach lub w obiektach chronionych oraz legitymowania osób, w celu ustalenia ich tożsamości,
2) wezwania osób do opuszczenia obszaru lub obiektu w przypadku stwierdzenia braku uprawnień do przebywania na terenie chronionego obszaru lub obiektu albo stwierdzenia zakłócania porządku,
3) ujęcia osób stwarzających w sposób oczywisty bezpośrednie zagrożenie dla życia lub zdrowia ludzkiego, a także dla chronionego mienia, w celu niezwłocznego oddania tych osób Policji,
4) stosowania środków przymusu bezpośredniego, o których mowa w art. 38 ust. 2, w przypadku zagrożenia dóbr powierzonych ochronie lub odparcia ataku na pracownika ochrony,
5) użycia broni palnej w następujących przypadkach:
a) w celu odparcia bezpośredniego i bezprawnego zamachu na życie lub zdrowie pracownika ochrony albo innej osoby,
b) przeciwko osobie, która nie zastosowała się do wezwania natychmiastowego porzucenia broni lub innego niebezpiecznego narzędzia, którego użycie zagrozić może życiu lub zdrowiu pracownika ochrony albo innej osoby,
c) przeciwko osobie, która usiłuje bezprawnie, przemocą odebrać broń palną pracownikowi ochrony,
d) w celu odparcia gwałtownego bezpośredniego i bezprawnego zamachu na ochraniane osoby, wartości pieniężne oraz inne przedmioty wartościowe lub niebezpieczne.

Finito, ani słowa o kontroli osobistej. Może więc znajdziemy coś w aktach wykonawczych. Zajrzyjmy do Rozporządzenia Rady Ministrów z dnia 18 listopada 1998 r. w sprawie szczegółowego trybu działań pracowników ochrony, podejmowanych wobec osób znajdujących się w granicach chronionych obiektów i obszarów. Zaraz w §1 możemy przeczytać:

"Rozporządzenie reguluje szczegółowy tryb działań pracowników ochrony, polegających na:
1) ustalaniu uprawnień osób do przebywania na obszarach lub w obiektach chronionych,
2) legitymowaniu osób w celu ustalenia ich tożsamości,
3) wzywaniu osób do opuszczenia obszaru lub obiektu, w przypadku stwierdzenia braku uprawnień do przebywania na terenie chronionego obszaru lub obiektu albo stwierdzenia zakłócania porządku,
4) ujęciu osób stwarzających, w sposób oczywisty, bezpośrednie zagrożenie dla życia lub zdrowia ludzkiego, a także dla chronionego mienia, w celu niezwłocznego oddania tych osób Policji."

Jak widać ochroniarz może ustalać, legitymować, wzywać, ujmować... ale o kontroli osobistej ani słowa...
A co z kontrolą bagażu? Czy ochrona może dokonywać kontroli bagażu? Cóż, w pewnych wypadkach - tak np. jeśli chodzi o kontrolę bagażu pracowników opuszczających zakład pracy. Ważne jest przy tym, aby pracownicy byli wcześnie uprzedzeni o możliwości kontroli. Sąd Najwyższy w wyroku z 13 kwietnia 1972 r. (I PR 153/72, OSNC 1972/10/184), stwierdza, że „stosowane szeroko w ramach przepisów regulaminów pracy lub ustalonych zwyczajów przeszukiwanie członków załogi w celu zapobiegania wynoszeniu mienia zakładów pracy jest zgodne z prawem i nie narusza dóbr osobistych pracowników wówczas, gdy pracownicy zostali uprzedzeni o możności stosowania tego rodzaju kontroli”. Wynika z tego, że pracodawca może upoważnić służbę ochrony do kontroli bagażu i tylko bagażu pracowników. Żadna kontrola osobista nie może nigdy wchodzić w grę. Jeśli istnieje podejrzenie ukrycia czegoś "przy ciele" ochroniarz zobowiązany jest wezwać Policją, a dalej - patrz początek tego posta.

Jeśli natomiast chodzi o kontrolę w sklepie, markecie - sytuacja jest jasna. Pracownik ochrony może poprosić o pokazanie zawartości toreb, klient może pokazać (jeśli ma ochotę) lub nie (jeśli ochoty nie ma). Jeśli nie, ochroniarz powinien wezwać Policję. Mówimy tu oczywiście o uzasadnionym podejrzeniu, np. interwencja ochroniarza jest spowodowana "piszczeniem" bramki albo zaobserwowaniem kradzieży w kamerze przemysłowej (lub innych zdarzeń np. ochroniarz widzi, że klient posiada narkotyki). W tym wypadku pracownik ochrony ma prawo "przetrzymać" delikwenta do przyjazdu policji (oczywiście wcześniej musi ją natychmiast powiadomić). Na tym jego rola się kończy. Teoretycznie ochroniarz mógłby uprzejmie poprosić o możliwość wkroczenia w sferę prywatności, jaką jest kontrola osobista, uprzedzając oczywiście osobę ujętą o pełnej dobrowolności poddania się tej czynności (w końcu nie każdy ma czas i ochotę na kontakty z Policją). Takie działanie byłoby jednak, jeśli nie niezgodne z prawem, to na pewno pozaprawne i tylko zupełnie pozbawiony instynktu samozachowawczego osobnik chciałby ryzykować nie tylko zarzut naruszenia dóbr osobistych osoby kontrolowanej, ale i przekroczenia uprawnień (kara do 5 lat pozbawienia wolności).
Konkluzja jest oczywista: NIGDY NIE POZWÓLCIE PRACOWNIKOWI OCHRONY NA KONTROLĘ OSOBISTĄ. NIE MA DO TEGO PRAWA.

W dniu dzisiejszym TV doniosła o okropnym :) incydencie. Otóż w Słupsku, w supermarkecie została ujęta kobieta, co do której Pan Ochroniarz miał podejrzenie, że coś zajumała. Przechwycił więc ją, wezwał Policję, a przybyła na miejsce policjantka dokonała kontroli osobistej. Problem polega na tym, że kontrola miała miejsce w pomieszczeniu (wskazanym przez ochroniarza) nie tylko dostępnym osobom postronnym, ale również monitorowanym przez kamerę telewizji przemysłowej (całe zajście zostało zarejestrowane). Nagranie przekazał prasie były ochroniarz supermarketu, co samo w sobie jest skandalem (za delikwenta powinien się wziąć prokurator). Oczywiście po publikacji prasowej śledztwo wszczęła słupska prokuratura, która będzie je prowadzić prasową. Prowadzi je jeden z prokuratorów. Śledztwo będzie się toczyć dwutorowo: jeden wątek dotyczy przekroczenia przez policjantkę uprawnień, drugi naruszenia przez ochronę sklepu ustawy o ochronie osób i mienia. Moim zdaniem, winę ponosi niestety policjantka, ponieważ zaniedbała wymogi dotyczące kontroli, wynikające z obowiązujących ją przepisów. Nie ma tu znaczenia, że nieodpowiednie pomieszczenie wskazała jej ochrona, bo ochrona nie musi wiedzieć, jakie są w tej sytuacji wymogi dotyczące pomieszczenia. Natomiast Policjantka wiedzieć to, niestety, musi. Czego więc ma dotyczyć wątek ochroniarski? Ujęli złodziejkę, wezwali policję - koniec sprawa załatwiona. Jedyną sprawą jest wątek wycieku nagrania. Tak, to powinno zostać wyjaśnione...
Jeśli chodzi zaś o postępowanie policjantki... Mogła nie zauważyć, że w pomieszczeniu jest kamera, mogła sądzić, że półprzezroczysta szyba w wystarczającym stopniu zapewnia prywatność, zafrapowana czynnościami służbowymi mogła nie zauważyć, że do pokoju ktoś co chwilę zagląda. Popełniła błąd, ale czy to powód wystarczający, aby rozkręcać machinę prokuratorską, zamiast po prostu wyciągnąć konsekwencje dyscyplinarne. Nie wiem. Na pewno wiadomy jest jeden fakt. Kobieta dokonała kradzieży. Co do reszty zobaczymy.

Mam nadzieję, że to co wysmażyłem pomoże komuś. Posiadane prawa to coś, co trzeba chronić i trzeba znać. Wszak już starożytni wiedzieli, że:

Ignorantia iuris nocet

sobota, 1 marca 2008

Zamelduj sie, terrorysto...

Przeczytałem, że sejmowa komisja do spraw służb wiadomych sprzeciwiła się realizacji obietnicy zniesienia obowiązku meldunkowego, złożonej przez Donka. SpecPosłowie motywowali swą niechęć do likwidacji tego, martwego przecież, bezpieczeństwem państwa przed zagrożeniem terrorystycznym. Poza tym, poseł Zemke stwierdził, że nie trzeba znosić tego przepisu, bo to i tak martwe prawo. Naprawdę świetne uzasadnienie. Moim zdaniem to byłby właśnie najlepszy powód do zniesienia tego przepisu, ale niezbadane są ścieżki po których błądzą myśli naszych reprezentantów. Poseł Konstanty Miodowicz stwierdził, że na likwidację "meldunku" nie zgadza się kontrwywiad(tak jakby miał coś do gadania w procesie legislacyjnym), bo utrudniłoby mu to pracę. Poseł Miodowicz wie co mówi, był przecież szefem kontrwywiadu UOP.

Wtedy zrozumiałem, jakim durniem byłem uważając, że "meldunek" to nic innego jak relikt poprzedniej epoki. Smycz, przeniesiona na polski grunt rodem z Sojuza, mająca na celu kontrolę, kontrolę i jeszcze raz kontrolę obywatela... i represję, jak sądzę. Zastanówmy się, skąd pochodzi słowo "zameldowanie"... Od "meldunku" - obywatel "melduje" posłusznie państwu, gdzie przebywa. Jest to wręcz symbol, tego kto w układzie obywatel-państwo jest ważniejszy. Symbol, który u każdego przekonanego o służebnej roli państwa w stosunku do obywatela liberała powinien wzbudzać reakcję alergiczną.

Słyszałem kiedyś historyjkę, jak pewnego delikwenta nawiedził kiedyś policjant. Ponieważ był dość obcesowy, lokator tego kwadratu postanowił uzmysłowić "panu władzy", że pełni rolę służebną wobec społeczeństwa, którego ten kolo jest reprezentantem. Po krótkiej polemice, gdy naszemu funkcjonariuszowi wyczerpały się argumenty, sięgnął on po bloczek mandatowy. "Zamieszkiwanie bez meldunku jest wykroczeniem, czy zgadza się Pan przyjąć mandat?". Delikwentowi odeszła chęć do dalszej dyskusji.... za późno. A to wszystko działo się nie w PRL-u, ale w dobie Najjaśniejszej III RP, dwa lata temu :), w czasach, gdy stołeczni policjanci legitymowali ludzi bez powodu, żeby wyrobić normę. Wot, "martwy przepis", na który nie zwraca się uwagi..., dopóki się nie przyda. Tak więc, ja durny myślałem, że "meldunek" to obowiązek, do którego i tak mało kto się stosuje. Chodzi oczywiście o wynajmujących mieszkania. Połowa mieszkańców Warszawy mieszka bez meldunku i jakoś ani grom z jasnego nieba w nich nie bije, ani "władza" się nie interesują. Nawet księdzu, przychodzącemu "po kolędzie" to nie przeszkadza. Jak się okazuje, myliłem się strasznie.

Nie nikomu niepotrzebne utrudnienie, nie ograniczenie naszej wolności, nie nieuprawniona ingerencja państwa w sferę prywatności - ale istotny element bezpieczeństwa narodowego. Szaniec, bez mała Reduta Ordona, chroniący nas przed atakiem barbarzyńskich hord. Tak, teraz to rozumiem. Rozumiem jak pomocny, może być "meldunek" w walce z międzynarodowym terroryzmem i przestępczością zorganizowaną. Wiadomo wszak powszechnie, że pierwszą rzeczą, którą zrobi Ben Laden po przylocie do Polski będzie wypełnienie obowiązku meldunkowego. Wszyscy terroryści marzą, aby doznać tej egzotycznej przyjemności, jaką jest zameldowanie.
A jak "meldunek" ułatwia pracę naszym służbom... Zamiast operacyjnie ustalać miejsce pobytu "figuranta", można spokojnie i bezstresowo sprawdzić, gdzie jest zameldowany... i już można mu podsłuch zakładać, albo "kominiarzy" wysyłać. Tylko trzeba im wcześniej dużymi, drukowanymi literami napisać, gdzie mają jechać, żeby się nie pomylili (...i tak to robią. Jakiś czas temu czytałem, że wpadli do mieszkania, uszkodzili lokatorowi kręgosłup, złamali rękę jego narzeczonej, sprawdzili adres, dane zatrzymanych i wyszli. Przeprosić zapomnieli). Niesamowite, jak wielką role w epoce podsłuchów laserowych, obserwacji satelitarnej, podsłuchów telefonicznych, kamer w krawatach, okularach i majtkach, odgrywa tak niepozorny "przyrząd" jakim jest "meldunek"

Biorąc pod uwagę istotną rolę "meldunku" dla bezpieczeństwa narodowego proponuję:
- zwiększyć sankcję za jego brak, do 15 lat pozbawienia wolności (Ala Capone skazano za przestępstwa podatkowe, my naszych mafiozów uziemimy za brak "meldunku"),
- wprowadzić system, który monitorowałby "przebywanie" telefonu w określonej komórce sieci i porównywałby dane z miejscem zameldowania właściciela. W przypadku niezgodności danych trwającej dłużej niż 3 dni, system podnosiłby alarm i powiadamiał organy,
- zlikwidować obrót gotówkowy, miejsce pobytu obywatela można by ustalać śledząc transakcje kartą,
- wprowadzić nakaz co trzydniowego zgłaszania się na komendzie w miejscu zameldowania wszystkich, którzy "komórek" lub kart płatniczych nie posiadają,
- wprowadzenie obowiązku noszenia w czasie pobytu lokalizatorów GPS w formie bransolety (dozór elektroniczny), dla wszystkich przyjeżdżających do Polski obcokrajowców.

Są ludzie, którzy uważają, że nadmierna kontrola państwa nad ich życiem to zgroza, inni kierują się słowami Lenina, który stwierdził, że "kontrola jest najwyższą formą zaufania".